Życie jak z książki - 3 zasady

Życie jak z książki - 3 zasady


Tyle razy już to słyszałam i wałkowałam ten temat. Ludzie mówią - chciałbym, żeby moje życie było jak historia opisana w książce. Pełne przygód. Bajkowych romansów. Nietuzinkowych bohaterów. Tajemnic i zagadek do rozwiązania.

Hej, kochani! Kiedy sobie w końcu dacie powiedzieć, że tak właśnie jest? ☺ 

Wszystko zależy od tego, jak patrzycie na swoje życie. Ile dostrzegacie w nim dobra, ile zła? Spójrzcie - na pewno jest pomiędzy nimi jakaś walka. Czy udaje ci się ją wygrywać? Mam nadzieję, że Dobro na prawdę u ciebie zwycięża! A może jeszcze nie... Ale dąż do tego i nie poddawaj się - co by to była wtedy za opowieść? Ile jest w twoim życiu przygód? O właśnie... Te nieszczęsne przygody! Moje życie jest przecież takie nudne... (Albo inaczej. Ktoś, kogo znam, często to powtarza - życie jest jak papier toaletowy - szare, długie i do d...)

Kto tak myśli, jest w błędzie! Stop - może nie jest w błędzie. Ale jego sposób postrzegania świata nie jest zbyt pozytywny... Co więc zrobić, żeby historia twojego życia nabrała akcji i koloru? Żeby była na prawdę wyjątkowa, ciekawa i warta uwagi? Proszę bardzo, specjalnie dla was - 3 złote zasady!



RULE NO. 1
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zmień miejsce albo po prostu wstań z fotela i rusz przed siebie.

Jest to zasada, o której zawsze, gdy zdarzy mi się zapomnieć, przypomina mi moja przyjaciółka. Jest ona prawdziwą mistrzynią dostrzegania cudowności w sytuacjach zwyczajnych i tworzenia z nich niezapomnianych historii. Bo wiecie co? Ostatnio zauważyłam, że tak właśnie w pewnym momencie zaczęliśmy postrzegać życie (ja i moi najbliżsi przyjaciele). Wszystkie zdarzenia zamieniamy w historie. Historie, które tylko czekają, aż ktoś je opowie. Tak właśnie patrzymy na świat, na życie. Jest ono niczym zlepek niesamowitych historii, takich do opowiadania przy ognisku w najlepszym towarzystwie. Czy nasza rzeczywistość różni się czymś od waszej? Nie szalejemy, na prawdę. Po prostu patrzymy inaczej. I ciebie też do tego zachęcam. Twoje życie wypełni się niezliczonymi cudami, jeśli zaczniesz inaczej odbierać rzeczywistość. We wszystkich drobnych rzeczach jest coś niesamowitego! Tyle fantastycznych zdarzeń ma miejsce każdego dnia. Jak to? Nie zauważyłeś? No więc... Kolejna zasada jest specjalnie dla ciebie! ☺




RULE NO. 2
Zacznij widzieć świat, który cię otacza.

A co, że niby nie widzę? - zapytasz. Tak, najprawdopodobniej nie do końca ci się to udaje. Już wyjaśniam. Człowiek współczesny, gdy gdzieś idzie (lub raczej biegnie, bo to ogólnie wiadome, że wszędzie się dziś spieszymy), najczęściej patrzy w dół, bądź, o zgrozo, w ekran smartphone'a. Całą swoją postawą zwyczajnie ignoruje otaczający go świat. Przestań ignorować, tak nie wypada. Świat jest piękny, a kiedy otworzysz się na niego i zaczniesz świadomie widzieć to, co cię otacza, szybko zauważysz - tutaj ciągle wiele, wiele się dzieje. Spróbuj i sam się przekonaj! Zapraszam do prawdziwej przygody! ☺



RULE NO. 3
Brak. No skończmy już z tymi zasadami. Co za dużo, to nie zdrowo. Zapamiętaj te poprzednie i serio, zacznij żyć, bo warto! No idź! Masz już wszystko, czego potrzebujesz!


Kiedy zaczniesz patrzeć na swoje życie w innych kryteriach, na prawdę zauważysz, że jest ono prawdziwie 'książkowe'! A może inaczej - zobaczysz, że twoja własna historia jest warta uwagi, warta opowiedzenia i wysłuchania. Twoja historia jest przede wszystkim warta przeżycia. Przeczytaj zasadę 3 jeszcze raz. No to kończymy na dziś. Zmykaj już!

(Ale wróć, do zobaczenia wkrótce ☺)


Obrazy:
1. Mary Cassatt "The young lady reclining"
2. Mary Cassatt "Lydia reading on a divan"
3. Mary Cassatt "In the loge"
4. Mary Cassatt "The cup of tea"

Ucieknijmy!

Ucieknijmy!



Ucieknijmy, zróbmy to wszyscy razem! 
Gotowi, do startu...
Start!

Ucieczka to częsty motyw poruszany w literaturze, filmach i innych formach sztuki. Co człowieka tak bardzo pociąga w ucieczce? Co jest z nami nie tak? Czy w ogóle jest z nami coś nie tak, jeśli tak wielu ludzi Jej ulega? Oto przed państwem- Ucieczka.

Ktoś mógłby pomyśleć, że zaczynam właśnie namawiać naiwnych, żeby spakowali wszystko i wyruszyli w drogę. Zrób tak, jeśli potrafisz. Zapraszam do podróży w nieznane. Byli tacy odważni - zależnie od sytuacji, wyszło im to na dobre, bądź wyszło na złe. Z reguły byli zadowoleni. Tak, można ich nazwać ludźmi szczęśliwymi. W niektórych przypadkach posunęłabym się nawet nieco dalej - byli oni ludźmi spełnionymi. Kto nie pragnie takiego uczucia? Ale tym razem kochani - nie tędy droga. Zapraszam, zejdźmy na inny szlak.


Ucieczka jest odwróceniem się do czegoś plecami i pójście przed siebie. Chyba logiczne, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Ucieczka jest zła i dobra. Jak wiele rzeczy na tym świecie - to zależy od punktu widzenia. Czasami człowiek potrzebuje uciec. Inaczej coś się może w życiu popsuć.

Być może w niektórych sytuacjach jest to przejaw bezsilności. Albo tchórzostwa. Racja, tak bywa. Bo uciekając, zostawiamy coś za sobą i nie tykamy tego, nie próbujemy tego naprawić. Nie brzmi za dobrze? Patrz wyżej, napisałam, że ucieczka może być zła. Taka też bardzo często jest - uważaj! Bywa jednak też, że to jedyne możliwe rozwiązanie problemu.

Więc dlaczego na wstępie do niej zachęciłam? Nie, nie chcę was zapędzić w kozi róg. Spokojnie.

Aby zrobić krok w przód. Aby się przełamać, przebić - wielu ludzi potrzebuje właśnie Jej. Sama często mam wrażenie, że w swoim życiu uciekam przed czymś, bo zwyczajnie nie życzę sobie, żeby to mnie dopadło. Moje życie to ucieczka? Być może. Ale sama nie chcę inaczej. Ucieknijmy razem...


Staram się nie dać złapać dorosłości - najprawdopodobniej w myśl przesłania książki Antoine'a Saint Exupery'ego pt. "Mały Książę". Chyba za dużo się jej naczytałam ☺ Ale o tym już trochę tutaj wspomniałam. Wiem, że w końcu mnie dopadnie takie życie. Ale tutaj chodzi o coś więcej - o wnętrze. Uciekam od szarości dnia w marzenia, trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza. Uciekam od wszechobecnego przygnębienia moich rówieśników, bo to jest jak jakaś okropna zaraza która trawi dzisiejszy świat. Uciekam od zła, choć jest to bardzo trudna droga. Uciekam od wzorców, które społeczeństwo chce nam narzucić... Choć jest to coraz trudniejsze. Uciekam od grania kogoś, kim nie jestem - uciekam, bo ja to ja - słaba, nieidealna, z wielkimi marzeniami, niedzisiejszymi pasjami i tą niemodną chęcią do zachwytu nad każdą małą rzeczą. 

A ty, to ty - nie bądź kimś, kim nie jesteś. Postacią wykreowaną przez profile w mediach społecznościowych. Postacią wyidealizowaną. Postacią o wielu twarzach. Doskonałym aktorem. 

No to jak? Uciekamy? Przed czym?
Trzy, dwa, jeden...






* Claude Monet "Cliffs of les Petites-Dalles"
* Claude Monet "Cliffs and Sailboats at Pourville painting"
* Claude Monet "The Cliff, Etretat, Sunset"
Jak to jest z tym podróżowaniem?

Jak to jest z tym podróżowaniem?



Boże, jak mnie urzeka droga. Nie potrafisz zrozumieć, jak jest  dla mnie fascynująca [...]. Nigdy nie przestanę wędrować. - Everett Ruess

To jest niezwykłe uczucie, wiesz? Kiedy żyjesz z tą świadomością, że świat jest zbyt piękny, żeby zatrzymać się w jednym miejscu. Czujesz to? Czujesz, że musisz podróżować. Bo inaczej to nie ma sensu.

Leniwe sobotnie poranki. Wstajesz, przeciągasz się i rozsuwasz zasłony, żeby wpuścić pierwsze promienie słońca do pokoju. Kochasz ten świat, jak mogło by być inaczej? Świat jest cudem, ty też jesteś cudem. Światło zaczyna tańczyć na twojej twarzy, a ty już wiesz, że nie może być inaczej- nie możesz powstrzymać uśmiechu. Tak, uśmiechasz się,  i to tak bez żadnego racjonalnego powodu. Uśmiechasz się, bo to właśnie ludziom robi słońce. Obdarza radością.

Tymczasem gdzieś w Szwajcarii, pomiędzy ziemią a Niebem... 

Tak prawdopodobnie było, kiedy pierwszy raz to poczułam. Leniwy sobotni poranek. Losowa książka ściągnięta z półki. Dzień, w którym umysłem ogarniasz cały świat i zaczynasz chorowicie pragnąć gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Pierwszy raz. Od tego czasu moje życie się zmieniło. Moje patrzenie na świat uległo drastycznej zmianie. Poczułam to.

Poczułam, że jedyne, co pozwoli mi żyć prawdziwie, w pełni, to podróżowanie.

Nie zmyślam, to był dzień moich urodzin, jakieś 5, może 6 lat temu. To był pierwszy raz, kiedy świadomie spojrzałam na świat, na zdjęcia przedstawiające różne miejsca. Coś w środku się ruszyło, no i... tak już zostało.

Czułeś to kiedyś? Czułeś tęsknotę do Świata? 
Wzruszyłeś się kiedyś, a może nawet rozpłakałeś, kiedy zobaczyłeś pewne miejsce, krajobraz, przestrzeń? Dlaczego mnie tam nie ma? Dlaczego nie ma mnie tam TERAZ?

Nie uważam tego za dziwne. Myślę, że to jest właśnie to coś w twojej głębi, co sprawia, że jesteś sobą.

Trochę inny Paryż... ten mój ulubiony

Kiedy zaczęłam więcej myśleć o podróżach (takich prawdziwych podróżach, a nie do końca wyjazdach turystycznych), miałam pewne obawy. "Pewnie to jest normalne, każdy tak ma. Każdy chce podróżować" - myślałam - "Jak można nie chcieć?".

Szybki fakt.
Można nie chcieć.
I to jest całkowicie normalne.

Spotkałam wielu ludzi, którzy, owszem, chętnie zobaczyli by kilka miejsc ze swojej bucket list, ale nic poza tym.

Wieża Eiffla - odhaczone
Adriatyk - odhaczone
Bycie w innej strefie czasowej - odhaczone

I na tym można skończyć. Każdy jest inny, to jest coś niezwykłego. To, że nie każdy chce podróżować sprawia,  że to na prawdę jest coś wyjątkowego. Nie jesteś już kimś przeciętnym, szarym człowiekiem z tłumu.
Czujesz świat i kochasz świat.
Chcesz go poznać.

Wiele czynników sprawia, że podróże to coś, co przeżywam całą sobą, w środku - duszą i sercem. Można zwiedzać świat.  Ja wolę jednak go odkrywać i doświadczać. Zachwycać się, jak małe dziecko. Taka właśnie jestem.

Cudowna Ryga i jej 'Statua Wolności'

Ale przecież to niebezpieczne, ciągle tyle się mówi w wiadomościach... Ale wiesz, tak już jest z miłością. Ona zawsze wygrywa. Przewartościowuje twój świat. Popycha cię do działania.
Wyjeżdżasz, czujesz się fantastycznie.
Czujesz, że na prawdę żyjesz.
Czujesz, że jesteś sobą.
Możesz wszystko.


Chodzi o doświadczenia, wspomnienia, wielką triumfalną radość życia w całej pełni; o znalezienie prawdziwego znaczenia. Boże, jak wspaniale jest żyć. Dzięki, dzięki! - Christopher J. McCandless

Jak wspaniale, dziękuję!


*Wszystkie zamieszczone wyżej zdjęcia są mojego autorstwa. Proszę ich nie kopiować i wykorzystywać bez mojej zgody.
Co powiedziałbyś kiedyś?

Co powiedziałbyś kiedyś?

To było kilka tygodni temu. Jeden z tych dni, kiedy nie jesteś już w stanie myśleć o niczym. Wieczorem robisz dobrą herbatę i wskakujesz pod koc. Układasz się wygodnie i zaczynasz oglądać film. Tego dnia wybór trafił na Powrót do marzeń (Only yesterday) Studia Ghibli - jeden z niewielu filmów które wyszły z tej wytwórni, a których jeszcze nie obejrzałam. Nie chcę pisać tutaj recenzji tego anime (zdecydowanie warte obejrzenia, bardzo spokojne kino, nostalgiczne). Chcę się natomiast posłużyć pewną sceną (spokojnie, bez spojlerów!), która dość mocno skłoniła mnie do refleksji. Stop. Bądźmy szczerzy - zniszczyła mnie od środka, dała dużo do myślenia, no i sprawiła, że spojrzałam na świat z innej perspektywy. Sami zobaczcie:


Trochę ogólnikowych wyjaśnień- cały film opiera się na wspomnieniach głównej bohaterki. Podczas wyjazdu na wieś przywołuje ona wiele obrazów ze swojego dzieciństwa. Sceny przeszłości i teraźniejszości bezustannie przeplatają się ze sobą - raz widzimy dwudziestosiedmioletnią kobietę, zaraz potem nią samą z czasów, gdy była małą dziewczynką. Film, mimo, że został wyprodukowany przez Studio Ghibli (znane z animacji takich jak Spirited Away, czy Mój Sąsiad Totoro), jest pozbawiony elementów fantastycznych. Dobrze, z wyjątkiem jednej sceny, w której dorosła bohaterka podróżuje pociągiem w towarzystwie... samej siebie- dziewczynki ze swoich wspomnień oraz grupy jej kolegów i koleżanek z klasy. Jest to moment pokazujący związek czasu - obraz przeszłości obserwującej teraźniejszość. Bohaterowie nie wchodzą ze sobą w interakcję. To dzieci są tymi, które widzą dorosłą kobietę - towarzyszą jej, z ciekawością obserwują, bawią się wokoło. I tyle. Nic wielkiego? A jednak...


Ta scena sprawiła, że na prawdę mocno zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Nad tym, kim jestem teraz. Spojrzałam na wszystko z innej perspektywy, choć chyba nie powinnam tego robić , bo oczy, przez które popatrzyłam były te same, ale sprzed kilku lat. Do głowy wpadła masa pytań. Wyobraźnia wykreowała niezwykle osobliwe spotkanie. Pojawiły się łzy wzruszenia.

Co powiedziałoby dziecko, którym kiedyś byliśmy, gdyby spotkało nas w tym momencie?

Na co zwróciłoby uwagę? Czy pokazałoby nam, że o czymś zapomnieliśmy? Czy to dziecko by nas polubiło, jeśli tak, to za co? A może skrytykowałoby pewne postawy?  Czego moglibyśmy się nauczyć od nas samych, ale sprzed kilku lat?

Wiem, zachęcam do spojrzenia w przeszłość. Trochę niemodne w dzisiejszych czasach, trochę niebezpieczne, prawda? To tak, jakbym powiedziała komuś, kto zmaga się z lękiem wysokości, żeby spojrzał w dół. A jednak, uważam, że taka drobna zmiana punktu widzenia może zrobić w naszym życiu małą rewolucję.



Zresztą, to oceni już każdy w swoim zakresie. Mi spotkanie z samą sobą z czasów dzieciństwa pokazało, ile życie daje mi możliwości. Dziecko widzi świat inaczej, i tego nikomu tłumaczyć nie muszę. Dziecko również i mi przedstawiło świat inaczej - wszystko jest przecież takie ciekawe. Dziś mogę robić tyle niesamowitych rzeczy, dlaczego nie korzystam z życia w pełni? Nie bój się marzyć! Nie przejmuj się tak. Bądź kreatywna! Otwórz się na ludzi - tak niewiele potrzeba, żeby się z kimś zaprzyjaźnić. Bądź szczęśliwa, uśmiechaj się częściej, bo z uśmiechem ci do twarzy ☺

Zachęcam każdego do takiego nietypowego spotkania. Drobnej konfrontacji z dzieckiem, którym kiedyś byłeś. Czy jest coś, na co w szczególny sposób zwróciłoby ono uwagę? Jak skomentowałoby ciebie teraz? Uśmiechnij się do samego siebie. To nadal ta sama osoba - nic nie jest stracone! ☻

Nie bądź kurą - jak pisać ładniej?

Nie bądź kurą - jak pisać ładniej?

Często spotykam się z ludźmi, którzy nie są zadowoleni ze swojego pisma. Chcieliby, żeby wyglądało ładniej, ale udaje im się tylko wtedy, kiedy bardzo, bardzo się postarają. Irytują ich pytania: "A co tu jest napisane?". Mówią jednak, że zmiana kroju pisma jest niemożliwa. Bujdy - wszystko jest możliwe. Myślę, że naprawdę każdy może pisać ładnie. W taki sposób, że pisanie ręczne stanie się satysfakcjonującą i miłą czynnością.

Ty też dasz radę, przeczytaj i przekonaj się sam - wystarczą dobre chęci ☺

Moja przygoda z pisaniem
Pierwsze literki udało mi się stawiać w zerówce... Ale to nie jest ważne. Najpierw był ołówek, później (co za duma!) pierwsze pióro, no i w końcu ten nieszczęsny długopis. Poczucie wolności - w końcu mogę wyrobić swój własny charakter pisma! Nigdy nie pisałam jakoś tragicznie, raczej się starałam... Na początku wszystko było dobrze i pod kontrolą. Ostatnie klasy szkoły podstawowej wykształtowały styl, z którym wielkim krokiem wkroczyłam do gimnazjum... 

(W gimnazjum też zaczęła się moja wielka przygoda z językiem francuskim, dlatego całą swoją historię ilustruję zdjęciami zeszytów do tego właśnie przedmiotu ☺)



Kiedyś, nie mając doświadczenia, nie będąc obytą, jakoś akceptowałam taką "czcionkę". Widać w niej jeszcze echa szkoły podstawowej. Jeśli się nie mylę, jest to coś podobnego do pisma italic. Po dacie widać, że jest to początek roku szkolnego, a więc pisałam starannie... Starannie?! Przecież litery są jakieś takie krzywe... Jakieś takie duże... Coś tu nie gra, coś nie pasuje. No ale co dalej? Taki mój charakter pisma!

A jednak przyszła pewna rewolucja. Od czasu do czasu, właśnie na lekcjach j. francuskiego, zerkałam do zeszytu koleżanki z ławki. Bingo! Małe literki! I jakoś tak, pisane oddzielnie... Przecież to nie jest trudne! A takie efekty - jej notatki wyglądały po prostu ślicznie! Powiew świeżości. Dlaczego by nie pokombinować? Uwaga - nadchodzą zmiany!

Wzięłam kartkę i, jak w podstawówce, kreśliłam poszczególne litery. Bawiłam się, modyfikowałam. Wbrew pozorom nie zajęło to bardzo dużo czasu. Mam być szczera? Może 20 min. Oto efekty:



Mój nowy krój pisma był jednak bardzo podatny na różne modyfikacje. Ciągle zmieniałam wygląd niektórych liter - raz były bardziej okrągłe, innym razem bardziej kanciaste. Co mnie jednak zafascynowało, to wielkość literek. Jeśli chodzi o ten temat, to zaszalałam... W pewnym momencie wysokość znaków wynosiła ok. 1 mm. Całkowicie je zminimalizowałam - niektórzy śmiali się, że można mnie odczytać jedynie za pomocą lupy. Zresztą, sami zobaczcie:



Tyle szaleństwa, i to tylko na pierwszym roku! W drugiej klasie (na szczęście) doszło do mnie, jakie głupstwa wyprawiam z moim krojem pisma. Nieco je zwiększyłam, trochę wyrównałam i usystematyzowałam. Oto jak prezentowały się moje notatki:




W piśmie troszkę przypominałam wtedy moją koleżankę z ławki. Oczywiście literki nie były identyczne, ale jednak... Zaczęło brakować mi własnych oryginalnych akcentów. Na przełomie drugiej i trzeciej klasy natknęłam się w Internecie na notatki amerykańskich uczniów (choć raczej nie są to typowe zeszyty...). Byłam pod ogromnym wrażeniem. Zaczęłam je dokładniej przeglądać, aby zaczerpnąć trochę inspiracji... Moje pismo stało się dość specyficzne (ogonki nie wystawały za linie, każda literka miała taką samą wysokość), pisałam nowym dla mnie printem. Moja ręka szybko załapała, o co chodzi, przyzwyczaiła się, a pisanie stało się jeszcze bardziej przyjemne i satysfakcjonujące ☺





Do liceum wkroczyłam pewnie - w końcu byłam zadowolona ze swojego pisma. Było ono w pełni wykształcone, zyskałam wprawę i nareszcie umiałam pisać sprawnie, bez żadnego zastanawiania się nad wyglądem liter.



Czasem próbowałam bawić się swoją "czcionką", lekko ją pochylając. Z pewnością urozmaicało to bardzo proste notatki... Przyspieszało też sam proces pisania.



Moje notatki w trzeciej klasie prezentują się tak. Różnica pomiędzy pierwszą klasą gimnazjum, a ostatnią w liceum jest ogromna. Na prawdę cieszę się, że udało mi się podjąć decyzje o zmianach i doprowadzić wszystko do tego momentu. Potyczki były, oczywiście, ale uwierzcie - było warto ☺



Jeden mały, ale istotny komentarz
Moi nauczyciele nigdy nie mieli problemów z takim krojem pisma. Nawet polonistki. Jednak jakiś czas temu dowiedziałam się, że na maturze mogłabym zostać za to pokarana błędem graficznym. Mam tu na myśli 'podnoszenie' literek takich jak y, g, p, j, aby były na równi z innymi. Na co dzień taki szczególik nie ma większego znaczenia, ale... Lepiej uważać ☺ Dlatego, specjalnie w celach maturalnych, wróciłam do pierwszych lat nauki i odkurzyłam nieco kursywę. Na dodatek wyciągnęłam z szuflady stare pióra (w których, nawiasem mówiąc, po prostu się zakochałam ♥). Tego pisma używam głownie do pisania sprawdzianów, wypracowań, itp.






Oto moja historia. Wyszedł z tego dosyć długi post, ale mam nadzieję, że dotarliście do tego momentu. Teraz sami widzicie, że zmiana kroju pisma JEST możliwa. Nie chodzi mi o to, żeby bawić się codziennie w kaligrafię (choć można ☺). Nasz krój pisma ma być taki, żebyśmy lubili pisać - nie może nas męczyć, przeszkadzać, spowalniać... Wszystko da się wypracować.

Może swoją historią kogoś zainspirowałam, może zmotywowałam... Najbardziej jednak cieszę się, że mogłam (choć na chwilkę) skupić waszą uwagę na piśmie ręcznym - jego wyjątkowości, wartości i możliwościach, jakie nam daje. Nie pozwólmy nigdy wyprzeć go przez pisanie na klawiaturze... Dbajmy o swoje niepowtarzalne 'czcionki'!

A wy, próbowaliście kiedyś popracować nad własnym stylem pisania? Jak wam to wychodziło? A może zamierzacie spróbować?

Dziękuję za uwagę!
Miłego dnia ☺
Piotruś Pan nie pije kawy

Piotruś Pan nie pije kawy

Automat, 1927 by Edward Hopper

Nie obchodzi mnie, czy pokochałabym, czy znienawidziłabym jej smak. Czy jest dobra dla zdrowia, czy wręcz przeciwnie. Czy dodawałaby mi energii, kiedy muszę zarywać noce aby uczyć się o planetach, lodowcach i globalizacji. Być może poprawiłaby moje życie o 100%, być może doprowadziła do wewnętrznej ruiny. Nie ważne. Ja i tak wiem swoje.

Z ostatniej chwili! Naukowcy odkryli sekret wiecznej młodości! Po szczegółowych badaniach lekarskich i wieloletnich analizach literackich ostatecznie potwierdzono - Piotruś Pan oraz Mały Książę nigdy nie wypili kawy! Odkrycie to zrewolucjonizowało świat i wywołało burzę, jakiej jeszcze na planecie Ziemi nie było. Kawosze wszystkich narodowości łączą się i szukają błędów w obliczeniach. Takowych jednak nigdy nie będą w stanie znaleźć.
Co by było, gdyby taki artykuł ukazał się w jutrzejszej prasie oraz na wszystkich ważnych portalach internetowych? Ludzie zwariowali, po co zajmować się takimi rzeczami? Dziecinada! Kto to w ogóle wymyślił? Żarty sobie robicie? Żarty z ludzi dorosłych, którzy każdy dzień zaczynają kulturalnie od filiżanki kawy?

Nie mam na celu uzmysłowienie komuś, że picie kawy jest złe. Jedyne, czego chcę, to poruszyć pewną kwestię - kwestię dorastania i dorosłości. Każdy widzi to inaczej - nowe możliwości, strach, niezwykłe perspektywy, zagubienie, nadzieje i niepewności. 

Jak dawniej, człowiek przechodzi pewien proces inicjalny. Pierwszy krok w dorosłość (uhm, zaznaczam- dorosłość, a nie dojrzałość). Dla jednych jest to szalona impreza osiemnastkowa, spróbowanie alkoholu po raz pierwszy, zdobycie prawa jazdy, czy ostatnie obowiązkowe szczepienie.

Dla mnie natomiast - nie mam pojęcia dlaczego - pierwszy krok w dorosłe życie ma smak kawy. Od zawsze bowiem kawa kojarzyła mi się z czymś zarezerwowanym tylko dla osób dorosłych - dla rodziców, dziadków, cioć i wujków... Nigdy nie widziałam osoby młodszej, popijającej ten napój. Lata leciały, a ja stawałam się coraz starsza (x+1, x+2, x+3...). Nim się spostrzegłam, zostałam otoczona rojem znajomych przemierzających szkolne korytarze z kolorowymi kubkami pełnymi kawy w dłoniach. 

Zaglądałam wtedy ze strachem do mojego termosu - czy i ja uległam tej metamorfozie? Herbata. Uff, wszystko jest na swoim miejscu. A lata leciały i leciały.

Puki mogę, nie zamierzam pić kawy. Nie sprawia mi to problemu, nie czuję się ospale i marnie. Jest to być może wydumana kwestia idei, zmyślonego ideału młodego serca i ducha. Być może- tak, tak... To chyba właśnie ten problem. Kiedyś na pewno jej spróbuję, oczywiście. Ale jak na razie...

Piotruś Pan nie pije kawy.
Mały Książe nie pije kawy.
Ja też nie piję kawy.

I dobrze mi z tym ☺

Ps. Czy jest coś, co kiedyś uważaliście (lub nadal uważacie) za symbol dorosłości, albo raczej 'wejścia' w nią? Ja w tekście skupiłam się na kawie, ale mam całą listę... deptanie zamarzniętych kałuż, chodzenie bez parasolki kiedy sypie śnieg, obserwacja chmur i odgadywanie kształtów, itd. itd....
O serialach słów kilka

O serialach słów kilka



Sprawa jest chyba dosyć powszechna i aktualna. A jak nie, to trudno. W każdym razie mam wrażenie, że znaczną część mojego otoczenia ogarnął serialowy SZAŁ. I to na prawdę szał pisany wielkimi literami. Nie wiem, skąd ludzie biorą czas, żeby obejrzeć tyle odcinków w tak krótkim czasie... A jednak. Kolejne tytuły dodawane są do list "Obejrzane", "W trakcie" i "W planach". Dzięki temu wszystkiemu mimowolnie znam wiele tytułów, podstawowe wątki, bohaterów... 

Ludzie stoją po dwóch stronach barykady - jedni oglądają seriale, inni wolą pełnometrażowe filmy. Są też ludzie, którzy stoją tak jakby na szczycie, nie mogąc określić swoich preferencji. Gdzie postawiłbyś sam siebie?


Ja jestem zdecydowanie za filmami. W jednej części, bez zbytniego przeciągania. Raz, a porządnie. Oh, no dobrze, może nie do końca. Może prawda wygląda nieco inaczej... Problem jest w tym, że nie mam jak wybrać. Nie jest tak, że nie lubię seriali, bo [..]. Prawdą jest to, że ja zwyczajnie nie umiem oglądać seriali. Ale jak to? Wystarczy znaleźć, włączyć  i czas jakoś leci. Tyle, że ja tak wiele razy próbowałam. No i nie umiem. Chcę, ale nie umiem.

Przebywając pośród ludzi zafascynowanych różnymi serialami, ciężko byłoby zostać wobec nich obojętnym. W pewnym momencie coś cię zainteresuje. Wtedy stwierdzisz - czemu by nie obejrzeć kilku odcinków? Seriale wciągają, więc pójdzie gładko... No jednak nie.


Nawet, jeśli fabuła wyjątkowo mi się spodoba, mimo ciekawości, utknę w którymś miejscu (najczęściej pierwszy sezon, gdzieś 3/4, albo wcześniej). Być może zaczynam sobie uświadamiać, ile jeszcze przede mną. Ile minut, ile godzin, ile dni. A to wszystko dla jednej (racja, wielowątkowej) historii! Niezwykłej, ale jednak... Najciężej jest, gdy odcinki są długie. U mnie maksymalny czas dla seriali to 20 min. (jeśli mam z nimi wytrwać do końca 1 sezonu i nie zrezygnować). Co jest w tym najgorsze? Odcinki najciekawszych seriali trwają co najmniej 40 min. I jak tu żyć?


Z jednej strony cieszę się, że nie jestem tak bardzo podatna na seriale. Mam całą listę filmów do obejrzenia, a oglądanie bloku odcinków tylko by mi to utrudniało. Jednak na prawdę są seriale, które bardzo mi się podobają... 

W tym poście pojawiły się plakaty kilku z nich. W całości obejrzałam jedynie Ricka i Mortiego - odcinki były krótkie, mało ich na sezon, a samych sezonów tylko 3. Poszło szybko, spodobał mi się absurdalny humor, dziwne wynalazki i specyficzność bohaterów. Black Mirror oglądamy czasem w szkole (pozdrowienia z klasy maturalnej), na szczęście odcinki można wybierać losowo, bo nie łączą się (może, że czegoś nie wiem) w jedną całość. Reign - prawie cały pierwszy sezon zajął mi ok. 2 lat. Skończyłam, bo zaczęli mi się mieszać bohaterowie. Futurama - moja serialowa miłość. Niestety mam problem ze znalezieniem wszystkich odcinków w jednym miejscu... Inaczej się gubię :( W Adventure Time kocham kreskę, wymyślone postacie, absurd sytuacji, piosenki, cukierkowy świat... no i interesujące teorie spiskowe. Friends chciałam oglądać w gimnazjum, żeby uczyć się angielskiego. Marzy mi się, żeby obejrzeć Anię, ale aktualnie słabo z czasem, a odcinki baaardzo długie. A dlaczego na tej liście znalazło się Downton Abbey? Bo Wielka Brytania, duża stara posiadłość, te czasy, służba, kostiumy... I tylko 1 obejrzany odcinek na koncie.


Moje zestawienie seriali to istna mieszanka wybuchowa. Tak, wiem, ale co człowiek poradzi, że akurat takie skrajne klimaty preferuje? Mam nadzieję, że choć jeden uda mi się jeszcze doprowadzić do końca ☺ Oglądaliście któryś z nich?

A na koniec nadal zastanawiam się... Czy jest jeszcze ktoś, kto, mimo chęci, nie potrafi oglądać seriali? Jak sprawa wygląda w waszym przypadku?


Copyright © 2014 Bezpustkowie , Blogger