Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Powroty i gdzie mnie znaleźć

Powroty i gdzie mnie znaleźć



Cześć, z tej strony Ania. Miło mi gościć Cię na moim starym blogu!
Nowy blog znajduje się tutaj: bezpustkowie.bearblog.dev 🌱


***

Dziwnie się tu wraca po 5 latach nieobecności. Wieje pustką, a przecież miało być Bezpustkowie. No ale cóż - tak to już jest, że odkładane na bok pasje w końcu wracają do nas jak bumerang. A mi znów zachciało się pisać! Bogatsza w nowe życiowe doświadczenia, nowe historie do opowiedzenia.

Blogosfera bardzo zmieniła się od kiedy stawiałam w niej pierwsze kroki (jeszcze długo przed powstaniem Bezpustkowia). Osobiste strony pomału zostały wyparte przez łatwo dostępne media społecznościowe.  Czy jest więc jeszcze sens publikować coś w taki sposób? Nie będąc inluencerem, bez marki osobistej, zarobku i współprac, a przede wszystkim - bez nieskończenie wielkiej publiki. Jak najbardziej!

Wystarczy chęć tworzenia i dzielenia się tą twórczością. Dla zabawy, dla samorozwoju, dla realizacji pasji, dla spełniania dziecięcych marzeń, dla tych kilku bliskich, którzy cię dopingują i pytają - kiedy w końcu coś napiszesz? Żeby mieć w Internecie swój własny, niezależny ogródek. Myślę, że zdecydowanie warto.

Bloga przeniosłam na mniejszą, bardziej niezależną i mniej skomplikowaną platformę. Polecam się z nią zapoznać, o tu. Społeczność nie jest duża, ale można tam znaleźć dużo dobra, wiele ciekawych tekstów. Pisanych z pasji, a nie dla popularności. Coraz trudniej znaleźć takie miejsca w Internecie. Ale uwierzcie - one istnieją!

Także was zachęcam do zakładania własnych internetowych ogródków. A jeśli powstaną - koniecznie podzielcie się linkiem! Chętnie poczytam, co wam w duszy gra 🌸

Dobrego dnia, 
Ania z Bezpustkowia


Obraz:
1. Józef Chełmoński "Wiosna. Kaczeńce", 1908

Dopłyń do bezpiecznej przystani

Dopłyń do bezpiecznej przystani

Jak bardzo rozszalałym i nieobliczalnym tworem jest życie (mam tu na myśli to życie, które jest raczej czasownikiem, niż rzeczownikiem). Aaah! To trochę jak jazda rollercoasterem - powolutku suniesz sobie w górę, wszystkie twoje zmysły upajają się w widoku kolorowego wesołego miasteczka, które rozpościera się gdzieś w dole. Jedziesz, powolutku, powolutku, bo po co się spieszyć? Zatrzymujesz się. Patrzysz przed siebie. Gdzie są te tory? Nagle wagonik zaczyna pochylać się w dół i ziuuu. Pędzisz przed siebie, miotany przez różne stany emocjonalne, od pięknej ekscytacji po przeraźliwy strach. Jedziesz tą kolejką przez różnego rodzaju pętle i zakręty. Jedziesz, jedziesz i nie możesz się zatrzymać.


Czy nie macie tak czasem w życiu? Tak, że nagle, nie wiadomo skąd nabiera ono prędkości i pędzi, pędzi, gdzieś do przodu? Ja tak mam i to bardzo często. Oj, bardzo.

Może to przez mój charakter lub osobowość. Być może to kwestia studiowania, które ciągle stawia przede mną swoje wymagania (choć chyba czuję się tutaj bardziej tak, jakby te wymagania zostawały we mnie rzucane, i to tak dość mocno). Albo tego, co sprawia, że lubię być w coś zaangażowana.

Tak, czy siak, nie wnikam.

Wiecie, co jest ważne w tym naszym pędzie życia? Bezpieczna przystań. Takie coś, co sprawi, że poczujesz się błogo. Że zamkniesz oczy i całym sobą przeniesiesz się do tych chwil beztroski, gdy wszystko było troszkę łatwiejsze. Dopłyń tam, zacumuj swój okręt i przywitaj się ze swoimi starymi druhami. Miej się dobrze…



Sama mam kilka takich bezpiecznych przystani (wiecie, to jest dobre zabezpieczenie przed zgubieniem się gdzieś na morzach i oceanach!). Często wiążą się one z pozytywnymi wspomnieniami, albo po prostu z tym, że wprawiają mnie w jakiś taki nieopisany, nieco melancholijny błogostan. Kilkoma z nich chciałabym się z wami podzielić. Być może ktoś odnajdzie w nich samego siebie…

  • SŁUCHANIE MUZYKI Z DZIECIŃSTWA - to nie muszą być kawałki wysokiej klasy. To są moje stare radiowe przeboje, muzyka z Simsów i piosenki z High School Musical czy Camp Rock. Gdy ich słucham, mam wrażenie, że przez chwilę mogę zamknąć się w jakiejś takiej bezpiecznej bańce. Jakby ktoś szeptał za pomocą tych prostych melodii i słów - będzie dobrze!

  • RYSOWANIE - a raczej bazgranie, to coś, co po prostu zawsze przynosiło mi ogromną radość. Nie ważne, czy miałam 3 lata i kolorowałam Małego Księcia, bo nie podobało mi się, że obrazki w nim są czarno - białe, czy jako 9-latka projektowałam ubrania dla wymyślonych modelek, czy może jako licealistka marzyłam gdzieś w głębi, że kiedyś zostanę grafikiem, że stworzę film animowany czy zilustruję książkę dla dzieci. Czysta radość.

  • SPACER - połączony z obserwacją wszystkiego, co dookoła. Ten moment gdy idziesz bez celu. Idziesz i masz czas pobyć sam ze sobą i ze światem, który cię otacza. Już na samą jego myśl mam ciarki, uwielbiam spacery. Mają w sobie coś z mistycyzmu.

  • DOBRY FILM / KSIĄŻKA - taki, który już trochę znam. Bo tu nie do końca chodzi o fabułę. Tutaj chodzi o coś, co jest ukryte głębiej. O świat, w którym to wszystko jest zanurzone. O bohaterów, z którymi być może kiedyś nawiązaliśmy pewne bliższe relacje… Dla mnie to zawsze będzie "Ania z Zielonego Wzgórza". Zawsze.

Lista takich "Bezpiecznych Przystani" mogła by się ciągnąć i ciągnąć, w nieskończoność… Ale nie będę was już męczyć ścianą tekstu na blogu. Zamiast tego zapytam Ciebie - co jest Twoją bezpieczną przystanią? Czymś, dzięki czemu możesz zwolnić, a może wręcz poczuć się błogo?


Obrazy:
1. Paul Jean-Clays "Rocky Coast with Figures and Boats"
2. Paul Jean-Clays "Ships lying off Flushing"
Kiedyś zostanę pisarką

Kiedyś zostanę pisarką


A co gdyby wmówić pewnej grupie ludzi, że jestem światowej sławy pisarką? A co, gdyby wmówić innym, że moje wiersze, że moje teksty są czytane i pozytywnie oceniane przez najbardziej cenionych krytyków literackich? A co, gdyby wmówić ludziom, że jestem artystką? Że wartość moich dzieł na aukcjach osiąga niewyobrażalne sumy? Że środowisko artystyczne uznaje mnie za kogoś "swojego"? A co, gdyby… A co, by się tak właściwie wtedy stało? No właśnie…


Mogłabym pisać cokolwiek, a to i tak byłoby wchłaniane przez każdego z jakąś dziwną odmianą fascynacji. To, kim jesteśmy, wpływa na odbiór tego, co robimy. Ale co my możemy poradzić na to, że jesteśmy tym, kim jesteśmy? Jak to się ma do realizacji naszych marzeń, naszych celów? Czy naprawdę jesteśmy na aż tak bardzo straconej pozycji? Czy tak naprawdę egzystujemy sobie teraz, przegrywając nasze życie, bo nic innego nam już nie zostało? Sztuka to chyba dość niewdzięczne zajęcie.

A jednak, kiedyś zostanę pisarką. Jakimś cudem to się w końcu wydarzy. Kiedy? Może nawet jutro wieczorem, gdy nagle, w nieoczekiwanym przypływie czegoś, co zwykle nazywane jest czasem wolnym (dziwne to zjawisko dla studenta), schowam się do mojej szuflady w biurku. Tak, to nic trudnego moi drodzy! Wystarczy nieco ją wysunąć (to już zależy od gabarytów, oczywiście mebla, a nie nas samych) i wejść. Trzeba trochę uważać, żeby nie przypalić Papierowych Wzgórz płomykiem natchnienia trzymanym w dłoni. Szczególne środki ostrożności należy także podjąć podczas chwytu narzędzia - stalówką pióra łatwo o zadanie bohaterowi bolesnego ciosu, nie mówiąc już o plamach atramentowej krwi, która mogłaby zabrudzić białą powierzchnię. A przecież tak ciężko ją później sprać… Mogę was zapewnić, że ta szuflada, choć niewielkich rozmiarów, to niezwykle przyjemne miejsce. Czasem troszkę zagracone, no ale - drobny nieład jedynie dodaje jej uroku. Ostrzegam tylko - nastaw zegarek. Czas szybko mija, a w końcu będzie trzeba wrócić do rzeczywistości (jakby ktoś jeszcze nie wiedział, już tłumaczę - choć nikt tego nie chce, codzienność jest koniecznością).

Zostanę pisarką. Naprawdę? Jesteś tego taka pewna?


Kochani, przestańmy sobie umniejszać. Porzućmy sztuczną skromność, to wcale nie są duże słowa, tak jak wielu ludziom się wydaje.
To, że nie wydałeś nigdy książki, nie znaczy już, że nie umiesz pisać.
To, że nigdy nie wygrałeś konkursu plastycznego, nie znaczy, że nie umiesz tworzyć sztuki.
To, że jeszcze nikt nie wybudował pomnika z twoją podobizną, nie znaczy, że jesteś nikim.
Mam nadzieję, że to nie będzie dla ciebie zaskoczeniem, gdy oznajmię tu, przed całym światem (a raczej tą częścią, która jakimś cudem tu trafi):
Jesteś kimś, bo jesteś sobą.

A jak mi nie wierzysz, to wejdź do swojej szuflady i zachwyć się.
Zachwyć się, bo to, co tworzysz jest piękne, jest wyjątkowe pod każdym względem. Zachwyć się i rób to dalej. Twórz!

Kiedyś zostanę pisarką? Już nią jestem, a świadczy o tym mój Szufladowy Świat i Bezpustkowie w głowie.

Ania,
Pisarka, artystka, marzycielka


Obrazy:
1. "Woman at writing desk" Lesser Ury
2. "The red carpet" Lesser Ury

2018 - byłeś dobrym rokiem!

2018 - byłeś dobrym rokiem!

To śmieszne, jak ktoś kiedyś sztucznie podzielił czas, zamykając go w szufladkach opisanych kolejno karteczkami... 1999, 2000, 2001... I tak dalej, i tak dalej. Mamy 12 miesięcy (choć ja nadal będę uważała, że powinno ich być 13) i w pewnym momencie przychodzi taka noc, gdy one wszystkie już minęły i kolejka zaczyna się od nowa. No więc - ta kolejka właśnie zaczęła się od nowa. Otrzymaliśmy kolejną szufladkę, na którą ktoś przykleił białą karteczkę z  czterema wykaligrafowanymi cyframi - 2 0 1 9. Co do niej powrzucamy?



To dzień wspomnień i nadziei. Podsumowań i planów. Szaleństwa? A może bardziej refleksji? Tej refleksji dziś tak bardzo brakuje... W takim razie więc dorzucę coś od siebie, a nóż ktoś się zainspiruje, przysiądzie gdzieś w kącie i przez chwilę pomyśli, jeśli wcześniej nie miał ku temu okazji.

Zaglądam do szuflady oznaczonej pożółkłą karteczką. Tak, to ta dobra - ostatnie dwie cyfry to 1 i 8. Na dnie leżą niechlujnie rozrzucone notatki z pokreślonymi obliczeniami, streszczenie "Lalki" Bolesława Prusa i karta z egzaminu na prawo jazdy - pozytywna. Gdzieś w kącie zapodziały się muszelki i troszkę piasku znad morza. Spod sterty wakacyjnych zdjęć wystaje pomięta legitymacja szkolna z trzema pieczątkami - już więcej mi się nie przyda. Odnajduję kilka szkiców i przemyśleń niechlujnie spisywanych tuż przed zaśnięciem. Jest też identyfikator z obozu żeglarskiego i kilka znaczków pocztowych za 5 groszy. Na ulotkach różnych stowarzyszeń studenckich leżą dumnie pamiątki z ostatniej  podróży odbytej w minionym roku - karta na metro i kolorowa mapa Madrytu. Gdy na nie spoglądam, od razu robi mi się ciepło. To były cudowne dni...



Byłeś dobrym rokiem, 2018! Tak bardzo cieszę się, że mogę z uśmiechem powiedzieć to właśnie dziś. Oczywiście, nie każdy dzień był idealny, nie myślcie sobie. Ale dużo dobra się wydarzyło przez te ostatnie 12 miesięcy. Zdobyłam wiele szczytów, które wydawały się nie tak dawno niemalże abstrakcyjne - zdałam maturę, podjęłam pierwszą pracę, która dawała mi każdego dnia ogromną radość i satysfakcję, dostałam się na studia, na których, wbrew początkowym obawom, na prawdę się odnalazłam, przeprowadziłam się do dużego miasta. Przeżyłam dużo przygód w różnych zakątkach Polski i Europy. Poznałam wielu niesamowitych ludzi z którymi uwielbiam dziś rozmawiać i spędzać czas.

Gdy patrzę wstecz, wiem, że nie zawsze było idealnie. Patrzę jeszcze raz na zdarzenia, którym zabrakło tej pozytywnej iskierki. One też były mi potrzebne. Czy to absurd, że tym, co trudne, a nie raz nawet bolesne, można się cieszyć? Gdyby nie te doświadczenia, nie byłabym dziś sobą. Teraz patrzę z wdzięcznością na te wszystkie momenty, w których coś nie wyszło... To one były dla mnie największą lekcją życia. To dzięki nim poznałam bardziej siebie. To dzięki nim wiem, na co dziś uważać, czego unikać, jak działać w pewnych sytuacjach. Dziękować, za to, co trudne - czy ktoś pamięta jeszcze o tej praktyce?



Byłeś dobrym rokiem, 2018! Już wiele twoich dni umknęło mojej pamięci. Zawsze tak jest. Odegrałeś jednak ważną rolę w moim życiu. Byłeś prawdziwym przewrotem, gigantyczną rewolucją. Pewnie nie pierwszą i nie ostatnią. Ale to właśnie tutaj coś się skończyło i coś zaczęło. Byłeś prawdziwie dobrym rokiem. 

Witaj 2019! Jesteś. Będziesz - jaki? 

Nie mam postanowień, mogę je podejmować każdego dnia. U progu tego nowego roku chcę jednak otworzyć się jak najbardziej na to, co przyniesie nadchodzący czas. Na radości, smutki, trudności i nowe wyzwania. Na ludzi i zdarzenia. Nie spodziewam się niczego, nie mam żadnych wymagań. Lubię, gdy życie mnie zaskakuje - to właśnie wówczas dzieją się największa Cuda. Nie nastawiam się na fajerwerki, wtedy mogę uniknąć rozczarowania. Jestem ciekawa każdego dnia, nie mogę doczekać się kolejnej chwili - co przyniesie..?




***

Z ogromnym uśmiechem patrzę, jak prezentuje się rok 2018 na Bezpustkowiu. Opublikowałam aż (bez śmiechów, dla mnie to na prawdę dużo!) 25 wpisów. W każdy włożyłam swoje serce, jestem na prawdę zadowolona z tych swoich małych internetowych dzieł. Blog doczekał się także swojego skromnego fanpage'a na Facebooku. Każdego miesiąca jakimś cudem wpadało tu ok. 400 osób. Proszę, powiedzcie mi, jak to się stało? Skąd przyszliście? Bardzo się cieszę, że tu jesteście. Nawet, jeśli siedzicie cichutko, to każdemu osobiście chciałabym powiedzieć - DZIĘKUJĘ! Być może tego nie wiecie, ale wasze słowa dają mi niesamowicie dużo ciepła, radości i siły do dalszego pisania. Jesteście wielcy! 

Powspominajmy... Może było coś, co wyjątkowo urzekło Cię w minionym roku? Oto przegląd wcześniej wspomnianych wpisów, które udało mi się opublikować...


  1. Przemyślenia i ucieczka z pralki
  2. Książki - początki i czarna dziura
  3. Radość to...
  4. O serialach słów kilka
  5. Piotruś Pan nie pije kawy
  6. Nie bądź kurą - jak pisać ładniej?
  7. Co powiedziałbyś kiedyś?
  8. Jak to jest z tym podróżowaniem?
  9. Ucieknijmy!
  10. Życie jak z książki - 3 zasady
  11. Matura - z perspektywy czasu
  12. Czego oczekujesz od życia?
  13. Każdy ma historię do opowiedzenia
  14. Światy o których zapomnieliśmy
  15. O kolekcjonowaniu słów
  16. Jak czarują Mazury?
  17. Przyszła jesień
  18. Czego słuchasz?
  19. Polacy czytają książki
  20. Za co jesteś dzisiaj wdzięczny?
  21. Patria znaczy ojczyzna
  22. Kwiaty w pudełku
  23. Jak zakochać się w sztuce?
  24. To, co było już nie wróci
  25. Ciastko zwane poezją


Jeszcze raz dziękuję wam za wszystko...
Oby ten rok był dla was na prawdę piękny i wyjątkowy!
Do zobaczenia wkrótce!


Wszystkie obrazy są autorstwa irańskiego malarza, Mahmooda Sabzi'ego.



Ciastko zwane poezją

Ciastko zwane poezją

Nie czytam tego tekstu, bo to o wierszach. A wiersze są nudne. Buntuj się, buntuj, wcale tego nie zabraniam. Jednak uśmiech sam ciśnie się na usta, gdy słyszę takie rzeczy i aż chce mi się zawołać - guzik prawda! Nie musisz lubić poezji. Możesz nie znosić tego szalonego ludzkiego tworu. Ale proszę, zastanów się, zanim powiesz, że wiersze są nudne.


Te słowa wstępu to cios wymierzony prosto we mnie samą sprzed jakiś 3 lat. Mogłabym się wówczas spokojnie podpisać pod projektem jakiejś ustawy zakazującej omawianie poezji na lekcjach języka polskiego. Przecież to jakiś absurd! No cóż, teraz wiem, że gdyby nie szkoła, wiele dorobku kultury zwyczajnie by mnie ominęło. Tyle stracić, to by było takie tragiczne! Oczywiście, nie wchodzę tutaj w kwestie jakości nauczania... To już inna bajka, postaram się ją tym razem zgrabnie ominąć.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do moich literackich upodobań. Znów chcę was tylko zachęcić - dajcie poezji jeszcze jedną szansę. To nie boli, a może dać wam na prawdę dużo radości. Dreszczy. Nieśmiałych łez. Uśmiechów pod nosem. Refleksji. Mnóstwo przemyśleń i zatrzymywania się nad słowami. Grunt to znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.


Jeśli miało by być obrazowo, to mam wrażenie, że sprawa ma się jasno - proza jest jak obiadek. Ziemniaki, kotlet i surówka. Czasem jakaś zupka do tego. To może być równie dobrze poplątane spaghetti. Albo jakiś tani fast food. Natomiast jeśli chodzi o poezję, to ona zdecydowanie byłaby ciastkiem. Ciastkiem z wieloma warstwami - biszkoptem, galaretką, masą i innymi cudami. Choć równie dobrze może to być klasyczny piernik. 

No i sprawa ma się tak - czytanie wierszy jest jak jedzenie dobrego ciastka. Jesz i zauważasz - jakie składniki zostały użyte, jaki jest dominujący smak, co się ze sobą łączy i przenika, dlaczego tak się dzieje. Jak składnik wpływa na smak? Jak środki stylistyczne, konteksty, etc. wpływają na odbiór?


Może to nic ambitnego, ale przez to słodkie porównanie, którym posłużyła się kiedyś moja nauczycielka, zwyczajnie zakochałam się w poezji. Nauczyłam się ją interpretować po swojemu. Jakbym zajadała się bardzo dobrym ciastkiem. Może ty będziesz miał tak samo. Tutaj nie ma dużo do roboty. Wystarczy zacząć czytać, reszta sama będzie się działa...

Aby jeszcze bardziej ograbić ten wpis z jakiejkolwiek podniosłości, pozwolę sobie zacytować psa Jake'a, bohatera kreskówki "Pora na przygodę":

Żeby zrozumieć poezję nie wystarczy jej czytać. Trzeba ją poczuć. ..


Lubicie, czy nie lubicie? Oto jest pytanie! Jeśli tak, chętnie poznam jakieś tytuły warte uwagi ☺ Wszystkiego dobrego, cudownego dnia!


Obrazy:
1. Wayne Thiebaud "Sixteen pies"
2. Wayne Thiebaud 
3. Wayne Thiebaud "Cakes"

To, co było, już nie wróci

To, co było, już nie wróci

Siedzę sobie w moim pokoju przy stoliku. Obok mnie gigantyczne granatowe okno na świat (i to wcale nie jakaś przenośnia!). Właśnie zrobiłam sobie śniadanie. Ze smakiem zajadam się jajecznicą i wgryzam się w grzanki tak, jak wgryzam się w dorosłość. Wszystko zapijam inką. Kawy nadal się nie tykam.  Śpiewa dla mnie Bryan Adams sprzed 16 lat. Życie pędzi dalej, a ja ostatnimi czasy tak często otrzymuję chwile, w których przypomina mi się to, co było. To, czego już nie będzie.


Nostalgia zabija teraźniejszość. Myśląc ciągle o tym, co było, w naszej głowie nie starcza miejsca na myślenie o tym, co dzieje się teraz. Wydaje mi się, że to dość logiczne stwierdzenie. Jednak czasem bywa tak, że świat pobiegł do przodu a ty za nim nie nadążyłeś i zostałeś gdzieś w tyle. Gdzieś w otchłani między przeszłością i teraźniejszością. Jak ta otchłań się nazywa? Sama nie wiem,  ale chyba jej tajemniczość jest jak dodanie ognia do tego wszystkiego. Pali.

Nowe miejsce. Nowa sytuacja. Nowi ludzie wokół mnie. A tam gdzieś w oddali został dom, ten bezpieczny dom! Rodzina, przyjaciele, ukochane zakątki. Gdy do nich wracam, zalewa mnie fala wspomnień. To jest taka rzeczywistość, którą jakkolwiek chciałoby się utrzymać przy sobie, już nigdy nie wróci. Pozostaje jedynie namiastka przeszłości - tak wiele rzeczy jest nośnikami wspomnień.

Nie tylko zdjęcia. To jest coś bardzo klasycznego. Tutaj wystarczy piosenka, do której tańczyło się na komersie w szóstej klasie. Miejsce wielu długaśnych spotkań, rozmów i dzielenia się radością z innymi. Wspólne żarty. Wszystkie takie wspomnienia, które pod żadnym względem nie są twoje osobiste, ale łączysz je z kimś bliskim. Książka na półce, o której potrafiłeś rozmawiać bez przerwy, tworzyć historie i teorie z nią związane. Film z Nocy Filmowej. Cytat napotkany na jakimś plakacie teatralnym. Mapa nad łóżkiem. Niepozorny wpis na Facebooku. Nuty w futerale skrzypiec. Dużo tego, oj, bardzo dużo.

To taka gęsta zupa, do której się kiedyś wpadło. Ciągle natrafiasz na makaron, który ciągle wypływa na powierzchnie. Przytulasz się do makaronu. Jeju, jakie to absurdalne.


Wiem, że idealizuję, ale to normalne. Przeszłość jest pięknym obrazem. Mnóstwo umyka z naszej pamięci, ale na szczęście są takie rzeczy, które są nośnikami wspomnień. Napotkanie ich na swojej drodze może wywołać łzy, uśmiech, przyjemne dreszcze i pewnie wielu innych rzeczy. To jest jak najbardziej normalne. Chyba każdy z nas miewa chwile nostalgii.

Po co o tym piszę? Chyba po trochu dla samej siebie. Żeby przekonać się, że to coś normalnego. Że to, co było, już nigdy nie wróci. I że to jest dobre. Bardzo dobre! Kolejny absurd? Myślę, że źle byłoby utopić się w Zupie Przeszłości.

Piszę też jednak po trochu do was. Być może, żeby zwrócić czyjąś uwagę i skłonić do szybkiej refleksji - w którym miejscu na swojej osi czasu się znajdujesz? Za punktem obecnym? A może daleko przed nim? Jaki dziś jest dzień? To jest Twoje prawdziwe położenie, nawet, jeśli wydaje się, że tak nie jest. Pora w to uwierzyć. Albo utrzymać ☺


Czuję, że mimo włóczenia się gdzieś w tyle tej osi czasu, w końcu dobiegłam do dnia dzisiejszego. Jestem w cudownym miejscu, robię wspaniałe rzeczy i otaczają mnie niezwykli ludzie. Najwyższa pora to zrozumieć. I to wcale nie znaczy, że odrywam się od przeszłości. Przeszłość mnie ukształtowała, to właśnie jej zawdzięczam to wszystko, co mam teraz. Ona jest we mnie.

Ale wiecie co? Przeszłość czasem tylko pozornie jest przeszłością. Wiele z niej jest wciąż aktualne. Wiele wciąż się dzieje. Pora to dostrzec.

Nie wyobrażam sobie zakończyć tego wpisu innymi słowami. Po prostu muszę do was wszystkich krzyknąć, tak jak to robili w filmie "Stowarzyszenie umarłych poetów"...

CARPE DIEM!




Obrazy:
1. Józef Chełmoński "Babie lato"
2. Józef Chełmoński "Bociany"
3. Józef Chełmoński "Królestwo ptaków"

Kwiaty w pudełku

Kwiaty w pudełku



Dawno temu w okolicy często można było spotkać pewną tajemniczą dziewczynę, która wędrując tu i tam, wyglądała na łąkach, w ogrodach i różnych innych miejscach kwiatów. Gdy takie znajdowała, zawsze szła zerwać kilka, aby następnie schować je do swojego złotego pudełka, z którym nigdy się nie rozstawała. Nikt nie domyślał się wówczas, że ta tajemnicza postać skrywała w sobie tylko jedno marzenie - chciała odnaleźć Różę. Chodziła tak całe życie, ale nigdy nie znalazła kwiatu. Zaślepiona obrazem, który wykreowała w swoich fantazjach, wcale nie zauważyła, że już nie raz włożyła do pudełka różę. Zapomniała bowiem, że kwiaty te nie są jedynie czerwone, ale mają różne kolory...

Czasami nie można przedstawić myśli inaczej, niż poprzez metaforę. Niż poprzez historię, która tworzy się w głowie i wypełnia całą twoją postać. Która sprawia, że zaczynasz myśleć, rozumieć i zastanawiać się. Dzięki której widzisz jakby trochę więcej tego, co pozornie jest przed Tobą zakryte. Jak to jest?

Czy przypadkiem nie zdarza się to też w naszym życiu? 
Czy nie idziemy przez nie z pewnym obrazem wykreowanym w głowie, który sprawia, że po drodze tracimy tak wiele drobnych szczegółów? Czy jakieś wyobrażenia nas nie zaślepiają?
A może patrzymy tak wybiórczo na ludzi, których spotykamy na swojej drodze?

Może. A może nie.
Na to musicie odpowiedzieć sami sobie.


Obraz:
1. "Pandora Opening the Golden Box" John William Waterhouse
Światy o których zapomnieliśmy

Światy o których zapomnieliśmy


Kilka dni temu wybrałam się z rodziną  do kina na film "Krzysiu gdzie jesteś". Nie wiem, jakiej grupie wiekowej go polecić - bardziej dzieciom, czy bardziej dorosłym. Momentami dosyć mroczny, tragiczny, przeplatany jednak tą Disneyowską baśniowością i lekkim, nieco prostym humorem. Jedno jest pewne. Każdy z nas, w zależności od momentu życia, od stanu, w którym się aktualnie znajduje, odbierze ten film w inny sposób. Kogoś być może poruszy, kogoś zdenerwuje, innego rozbawi lub przywoła miłe wspomnienia z dzieciństwa. Bądź zanudzi, bo nie każdy film jest stworzony dla każdego.

Jeśli mam się podzielić moją opinią - bardzo mi się podobał. Choć jest jeszcze inny film, który obejrzałam wcześniej, a który trochę zaburzył mi świat wykreowany przez A. A. Milne. Mam tu na myśli film p.t. "Żegnaj Christopher Robin". To on tak na prawdę jest tym, który niezwykle mną wstrząsnął... Pokazał smutną prawdę, historię, która kryła się w cieniu Stumilowego Lasu. Polecam każdemu. Obydwa filmy. Zestawcie je ze sobą i dopiero wtedy oceńcie.


Ale nie na recenzji chciałabym się tutaj skupić. Jak zwykle mi się zdarza, wyszłam z kina z głową pełną refleksji. Film, mimo, że to kino familijne, na prawdę dał mi do myślenia. Trochę podobnie jak tutaj (zapraszam, można poczytać) znów pozwolono mi się cofnąć do czasów dzieciństwa. Znów przyjrzałam się tematowi dorastania. Nie za dużo tego ostatnimi czasy? Być może. Ale to chyba dlatego, że to się dzieje. Tu i teraz.

Dziecięce ideały. Dziecięca prostota radości. Dziecięce zaufanie do świata. Dziecięca ciekawość. Dziecięca nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Dziecięce zabawy i te wszystkie światy, które wówczas stworzyliśmy. Światy, o których zapomnieliśmy. Co się z nimi stało? Przecież kiedyś były dla nas wszystkim.


Nie mówię tutaj o tym, żeby rzucić wszystko i wrócić do dziecięcych marzeń i wiecznej zabawy. Nie no, bez przesady. Chcę zachęcić, najpierw samą siebie, a później was, do kilku rzeczy. Jak to już w pewnym wcześniejszym wpisie zaznaczyłam, warto czasem zatrzymać się i pomyśleć. Wtedy lepiej idzie się do przodu. Ale mam tutaj haczyk - nie będę myślała za was - ha! Tym razem po prostu podam kilka zagadnień, kilka pytań na które odpowiecie sobie sami... 

Więc co? Siadasz na kamieniu, podpierasz głowę jak to robili starożytni filozofowie (hej, na prawdę fajnie teraz wyglądasz!), no i myślisz, myślisz, myślisz...


Dziecięca radość - ile mi z niej pozostało? Przypomnij sobie te słoneczne i te deszczowe dni beztroski. Wtedy wszystko było możliwe - czy nadal tak widzisz ten świat? Czy dostrzegasz szansy, czy jedynie problemy i przeciwności (no to jak, bierzesz miecz w ręce i walczysz z tymi potworkami, inaczej się nie da!)

Teraz trochę nostalgicznie... Ale to jest coś bardzo ciekawego, czym rzadko się z innymi dzielimy (może, że to zbyt intymny temat? Sama nie wiem...). Tytułowe Światy o których zapomnieliśmy... Zapomniałeś, czy pamiętasz? Przypomnij sobie! Może to była kraina legend i baśni, może świat pełen zagadek do rozwiązania, ciepły dom, środek puszczy, indiańska wioska? Wolę nawet nie zgadywać! Tyle się wtedy tego w naszych głowach kłębiło. Czy mieliśmy tam przyjaciół? Czy pamiętamy jakieś przygody, które wtedy kreowała nasza bujna wyobraźnia? Może ty również miałeś swojego Kubusia Puchatka, który jadł miodek i mieszkał w twoim Stumilowym Lesie? Uśmiechnij się do niego. 


To wszystko nadal jest gdzieś głęboko w nas. Nawet, jeśli wydaje nam się, że zapomnieliśmy, że straciliśmy wszystko. Szybki fakt - nie straciliśmy. Jeśli tylko bardzo tego pragniesz, przypomnisz sobie. Uśmiechniesz się. Wróci radość - ta najczystsza, najszczersza. Dziecięca.


*Wszystkie ilustracje wykonał E.H. Shepard 
*Dla tych, co poszli dziś do szkoły - powodzenia!

Każdy ma historię do opowiedzenia

Każdy ma historię do opowiedzenia

Temat ten siedział w mojej głowie już od dłuższego czasu... Dobra, szczerze powiedziawszy to już od kilka lat myślę o nim i myślę. Nareszcie luźne myśli doczekały się zapisania. Mam nadzieję, że im podołam i uda mi się zebrać je w jakąś sensowną całość.


Codzienność i niecodzienność - idziesz ulicą, jedziesz autobusem, czekasz w kolejce. Otaczają cię różni ludzie, najczęściej całkowicie anonimowi. Nie znasz ich i to jest normalne - w końcu jaki człowiek zna cały świat? Idźmy dalej. Podnosisz wzrok do góry, aby na nich popatrzeć. Nie spotykasz się z niczyim spojrzeniem, bo ich oczy błądzą gdzieś w przestrzeni. Albo w ekranach smartfonów, niestety zbyt często. Patrzysz się, obserwujesz. Wychodzisz nieco ze swojej strefy komfortu, w której jesteś sam jeden. Patrzysz na ludzi i jakby stajesz się mimowolnie ich towarzyszem. Jesteś bardziej świadomy, bardziej obecny. Zaczynasz myśleć.Zaczynasz doświadczać tej obecności, nie jesteś już sam.

Ile osób odważyłoby się pójść o krok dalej i porozmawiać? Przyznaję, sama miałabym z tym niezły problem. Bo to takie niedzisiejsze, bo po co wtrącać się do czyjegoś życia, bo po co komuś przeszkadzać. Bo ogarnia mnie strach. Strach przed nieznanym?

Bez słowa więc, patrzysz na tych wszystkich ludzi. Patrzysz i myślisz.


Kim oni są? Każdy ma jakąś przeszłość. Każdy ma coś, co go martwi, co go cieszy. Każdy ma kogoś, kogo kocha. A może czuje się w tym wszystkim samotny? Każdy, bez wyjątku jest doświadczony przez życie. Jeden mniej, drugi bardziej. Ale to nie ulega wątpliwości, że właśnie tak jest. Każdy przeżył choćby jedną tragedię i jedno uniesienie radości. Każdy. Każdy o czymś teraz myśli. O czym? Tego nigdy się nie dowiemy.

Każdy ma jakąś historię do opowiedzenia. I to jest właśnie punkt dzisiejszego wpisu. Uwielbiam patrzeć właśnie tak na innych ludzi. Jak na tych, którzy skrywają w sobie historie. Historie bardziej lub mniej zaskakujące, dramatyczne, napełniające nadzieją, historie niespełnionej miłości albo dotyczące jakiejś ogromnej przygody, która tą osobę spotkała. Historie, które ją ukształtowały.

Historie, które tak rzadko wychodzą na światło dzienne.

Kiedy pytasz kogoś, jak się ma, najczęściej osoba ta z biegu odpowie "dobrze". Nieważne, czy tego dnia została przez kogoś obrażona, przeżywa ciężkie chwile w życiu, albo wręcz przeciwnie - doświadczyła czegoś niezwykle pięknego. Tylko ta wymijająca, zwykle nieprzemyślana odpowiedź: DOBRZE.


Czy zależy nam na tym, żeby poznać drugiego człowieka? Czy pozwalamy mu na opowiedzenie nam swojej historii? Czy sami potrafimy podzielić się z kimś naszym własnym wnętrzem?

A na koniec być może najważniejsze - czy mamy świadomość, że drugi człowiek, że każdy, kogo mijamy, skrywa pewną historię? Historię jego życia, historię, która jest warta więcej, niż wszystkie książki schowane w kątach wszystkich bibliotek świata. Historię wyjątkową i niepowtarzalną. Historię, która może odmienić świat. Czy potrafisz jej wysłuchać?

To wszystko zostawiam już waszej dalszej refleksji... Dla mnie taki punkt widzenia jest czymś niezwykłym. Szary przechodzień na ulicy, już nie jest kolejną przypadkową osobą, którą mijam. Jest kimś, kto ma swoją historię. Historię, która być może czeka, aż ktoś ją pozna.


Obrazy litewskiego malarza, Rimantasa Virbickasa.
Czego oczekujesz od życia?

Czego oczekujesz od życia?

Po prostu usiądź gdzieś na kamieniu, podeprzyj swoją zmęczoną głowę, jak to robili starożytni filozofowie i zadaj sobie to powalająco egzystencjalne pytanie z tytułu dzisiejszego posta. Tylko o tyle Cię, drogi czytelniku, proszę. Nie musisz już czytać niczego co tam dalej wypiszę. Wszystko, co najważniejsze dopowiesz sobie sam. Jeśli tylko zrobisz to, co wskazałam już na wstępie. No już, nie trać czasu. Działaj!



Nie wiem, czy w takim razie cieszyć się, czy raczej nie cieszyć z tego, że ktoś czyta ciąg dalszy... Ale coś tu sklecę. Bo temat jest ważny, a olewany. Bo czuję potrzebę wyjaśnienia jego sensu. Dlaczego jeszcze? Bo tak. Czy wszystko ma mieć sens i powód?


Czego oczekujesz od życia? Skąd w ogóle takie pytanie? Pierwszy raz przyszło mi ono do głowy wtedy, gdy zorientowałam się, że moje otoczenie bez przerwy na wszystko narzeka. Mam wrażenie, że ludzie zbyt często brną przed siebie bez dokładnego celu lub sensu. Zaczynają w pewnym momencie narzekać, narzekać, narzekać... A jaki sens ma narzekanie na życie, które nie ma żadnego określonego toru? Czego oczekujesz, co sobie wyobrażasz na temat swojego życia, jeśli to, co masz tu i teraz ci nie wystarcza?

W pewnym momencie właśnie w ten sposób zaczęłam to ludzkie narzekanie postrzegać. Bo kiedy zaczniesz rozmyślać nad jego sensem, zauważysz, że on nie istnieje. Albo inaczej - istnieje, ale jest zależny od naszych oczekiwań. Może są one zbyt wygórowane? Niezdrowe? Szalone?



Czego oczekujesz od życia? W takim razie to pytanie powinno być jednym z filarów naszej egzystencji. W dzisiejszych czasach za bardzo pędzimy - nie mamy czasu na chwilę zastanowienia nad tym, jaki to wszystko ma sens, w jakim celu to robię i ku czemu to ma zmierzać. Po prostu działamy, działamy, działamy. Monotonia, codzienność, zwyczajność. Szarzyzna zaczyna nas doganiać i zatracamy się w niej, nie wiadomo nawet kiedy. 

Proszę mi wierzyć, z tego nie da się wyjść pozostając w biegu. Żeby pomyśleć i wszystko poukładać, potrzebne jest zatrzymanie. Odcięcie się od medialnego szumu i pobycie z samym sobą. To może okazać się trudne, ale jest jak lekarstwo dla duszy. 

"Siądź i pomyśl... tylko tyle..."



I na koniec taki twist plot. Ja już zadałam sobie to pytanie, już siadłam na tym "kamieniu", już przemyślałam co nieco... Czego oczekuję od życia? Niczego. Pozwalam życiu się zaskakiwać. Zbyt duże oczekiwania, które w pewnym momencie swojego zaczynałam snuć, niszczyły prostą radość. Radość z życia takiego, jakie mam tu i teraz. Niczego nie oczekuję, wszystko jest cudem, jest pięknie.


Obrazy:
1. Marcus Stone "Waiting"
2. Marcus Stone "The Soldier's Return"
3. Marcus Stone "Summer"

Matura - z perspektywy czasu

Matura - z perspektywy czasu


Uwielbiam pisać i tworzyć, ale jak może ktoś zauważył, miałam w blogowaniu pewną dłuższą, jeszcze nieuzasadnioną przerwę. Już się tłumaczę - przyczyną zniknięcia był ten uwielbiany przez wszystkich, owiany niezliczonymi legendami Egzamin Dojrzałości. No i, rzecz jasna, wszystko to, co działo się później.

Ale od początku. W tym roku zakwitły dla mnie kasztany. Całkowicie niespodziewanie, zaskoczyły tymi swoimi pięknymi kwiatami. Na początku tylko odwracałam od nich głowę, z czasem jednak przyszło wziąć się za oswajanie strachu i zachwyt nad nimi. Tak, w maju uwielbiałam zachwycać się słońcem prześwitującym przez świeże liście drzew, które tworzyły baldachim nad głowami pędzących przechodniów. Szłam powoli, z głową zadartą do góry i pozwalałam delikatnym promieniom unosić kąciki moich ust do uśmiechu. To już ten czas.


Otoczona stosem papierów. Pochłaniałam poezję, rozszyfrowywałam stare notatki, zbierałam luźne kartki z zeszytów w względną całość, zakochiwałam się na nowo w historiach różnych epok, wspominałam wszystkie momenty, które towarzyszyły nauce w minionych latach. Znów napełniałam się wdzięcznością dla nauczycielki, która pokazała mi, że interpretacja wiersza jest jak jedzenie pysznego ciastka, a chodzenie po muzeum sztuki może być jak przejście do innego, magicznego świata, w którym nic nie jest takie oczywiste, wszystko ma swoje tajemnice i drugie dno. Język polski w liceum pozwolił mi zobaczyć świat w całkiem innych barwach. Odkryłam, że jest coś więcej, że to nie tylko słowa, że to nie tylko barwne plamy...

Powiedzmy, że z matematyką zawsze miałam raczej przyjazne stosunki. Liczyłam całą trzecią klasę, no i tyle. Znów wdzięcznością otaczam nauczycielkę, która zawsze wymagała, szczególnie wtedy kiedy my od siebie nie wymagaliśmy niczego. Były momenty w liceum, kiedy tak na prawdę uczyłam się tylko matmy. To nie były łatwe momenty, ale z perspektywy czasu wiem, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mnie tam spotkała.

W maju trochę podróżowałam... palcem po mapie. Geografia była wisienką na torcie nauki, bo z przyjemnością powtarzałam schematy kształtowania się krajobrazu, rozpoznawałam skały i gleby z ilustracji, prognozowałam pogodę i zastanawiałam się nad tym, dlaczego w Tatrach nie ma lodowców. Znów odkrywałam wszystkie zakamarki świata. Znów zapragnęłam odwiedzić Vanuatu, Tuvalu i inne wyspy oraz wszystkie te góry, kotliny, pustynie, niziny... Świat jest piękny, a dzięki geografii mogę zachwycać się jeszcze bardziej tym, co mnie otacza. No i poza logicznym myśleniem i kombinatorstwem, zapamiętałam sobie taką jedną zasadę - everything is connected

W przerwach na naukę... Czytałam Harrego Pottera. Taka kwietniowo-majowa lektura, coś prostego, na odprężenie. Jeden haczyk - książki były po angielsku. No bo kto kazał powtarzać angielski w sposób klasyczny? Kiedy można połączyć przyjemne z pożytecznym? Nauka angielskiego - odhaczone.


W maju więc zmierzyłam się, poza tradycyjnym polskim, matematyką i językiem obcym (ang), z trzema bossami - POLSKIM, ANGIELSKIM i GEOGRAFIĄ. Poza tym przeprowadziłam dwie niezwykle zajmujące konwersacje - po polsku opowiedziałam, czym jest wg mnie dom rodzinny w życiu człowieka, natomiast po angielsku poleciałam w tematykę niezwykle egzystencjalną, opowiadając, czym dla mnie jest szczęście.

Każdą bitwę udało mi się wygrać, za co dziękuję Bogu do dziś.

Dziękuję za to, że już nie muszę przez to przechodzić. Z perspektywy czasu, nie przeszkadza mi pisanie o maturze w sposób lekki, jak to wyżej zrobiłam. Tak na prawdę jednak był to ciężki, bardzo intensywny czas. Możecie mówić, że nie uczyliście się i zdaliście. Oczywiście, że to jest do zrobienia. Zawsze przecież pamięta się coś ze szkoły. Zawsze można włączyć tryb "logiczne myślenie". Do matury zaczęłam powtarzać ok. 3 albo 2 tygodnie przed egzaminami. Był to jednak czas bardzo intensywnej pracy i raczej nikomu nie polecam robić tego w taki sposób. Może, że wiecie, że jedynie w taki sposób coś porządnie zapamiętacie, jak to było w moim przypadku. Są to jednak dni całkowicie wyjęte z życia.

Ale kochani, znowu bez przesady! Wszystko jest dla ludzi - w "maturalnym" czasie potrafiłam oglądać w środku nocy z przyjaciółką kilkugodzinne koncerty naszego ulubionego zespołu, obejrzeć Eurowizję ze znajomymi, a nawet przejść się do pracy (żeby móc choćby na chwilkę myśleć o czymś innym). Matura to nie koniec świata. Pozostańcie w tym wszystkim sobą, a stanie się ona być może początkiem czegoś pięknego ☺


Zdałam maturę, a wyniki bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły.
Poszłam do pracy, dzięki której zyskałam wiele umiejętności i otwarłam się na ludzi.
Dostałam się na studia, na które bardzo chciałam się dostać.
Korzystam z najdłuższych wakacji mojego życia.
Świat oszalał, życie jest piękne ☺

Jedynie pisać przestałam... Czego bardzo żałuję, bo jest to coś, co uwielbiam robić. Usprawiedliwiłam się więc przed wami, no i wyrażam przy okazji ogromną chęć powrotu. Patetycznie? Nie ważne - mam nadzieję, że się uda. Trzymajcie kciuki ☺

Jak wy wspominacie swoją maturę? A może wszystko jeszcze przed wami? W takim razie jeśli macie jakieś pytania, chętnie na nie odpowiem.

Dzięki, że tu jesteście!
Ania


Obrazy:
1. Vincent van Gogh "Blossoming Chestnut Branches"
2. Hugo Grenville "The Artist's Mother"
3. Hugo Grenville "Still life with flowers"
4. Hugo Grenville "A Sunday In Summer"
Copyright © 2014 Bezpustkowie , Blogger