To, co było, już nie wróci

To, co było, już nie wróci

Siedzę sobie w moim pokoju przy stoliku. Obok mnie gigantyczne granatowe okno na świat (i to wcale nie jakaś przenośnia!). Właśnie zrobiłam sobie śniadanie. Ze smakiem zajadam się jajecznicą i wgryzam się w grzanki tak, jak wgryzam się w dorosłość. Wszystko zapijam inką. Kawy nadal się nie tykam.  Śpiewa dla mnie Bryan Adams sprzed 16 lat. Życie pędzi dalej, a ja ostatnimi czasy tak często otrzymuję chwile, w których przypomina mi się to, co było. To, czego już nie będzie.


Nostalgia zabija teraźniejszość. Myśląc ciągle o tym, co było, w naszej głowie nie starcza miejsca na myślenie o tym, co dzieje się teraz. Wydaje mi się, że to dość logiczne stwierdzenie. Jednak czasem bywa tak, że świat pobiegł do przodu a ty za nim nie nadążyłeś i zostałeś gdzieś w tyle. Gdzieś w otchłani między przeszłością i teraźniejszością. Jak ta otchłań się nazywa? Sama nie wiem,  ale chyba jej tajemniczość jest jak dodanie ognia do tego wszystkiego. Pali.

Nowe miejsce. Nowa sytuacja. Nowi ludzie wokół mnie. A tam gdzieś w oddali został dom, ten bezpieczny dom! Rodzina, przyjaciele, ukochane zakątki. Gdy do nich wracam, zalewa mnie fala wspomnień. To jest taka rzeczywistość, którą jakkolwiek chciałoby się utrzymać przy sobie, już nigdy nie wróci. Pozostaje jedynie namiastka przeszłości - tak wiele rzeczy jest nośnikami wspomnień.

Nie tylko zdjęcia. To jest coś bardzo klasycznego. Tutaj wystarczy piosenka, do której tańczyło się na komersie w szóstej klasie. Miejsce wielu długaśnych spotkań, rozmów i dzielenia się radością z innymi. Wspólne żarty. Wszystkie takie wspomnienia, które pod żadnym względem nie są twoje osobiste, ale łączysz je z kimś bliskim. Książka na półce, o której potrafiłeś rozmawiać bez przerwy, tworzyć historie i teorie z nią związane. Film z Nocy Filmowej. Cytat napotkany na jakimś plakacie teatralnym. Mapa nad łóżkiem. Niepozorny wpis na Facebooku. Nuty w futerale skrzypiec. Dużo tego, oj, bardzo dużo.

To taka gęsta zupa, do której się kiedyś wpadło. Ciągle natrafiasz na makaron, który ciągle wypływa na powierzchnie. Przytulasz się do makaronu. Jeju, jakie to absurdalne.


Wiem, że idealizuję, ale to normalne. Przeszłość jest pięknym obrazem. Mnóstwo umyka z naszej pamięci, ale na szczęście są takie rzeczy, które są nośnikami wspomnień. Napotkanie ich na swojej drodze może wywołać łzy, uśmiech, przyjemne dreszcze i pewnie wielu innych rzeczy. To jest jak najbardziej normalne. Chyba każdy z nas miewa chwile nostalgii.

Po co o tym piszę? Chyba po trochu dla samej siebie. Żeby przekonać się, że to coś normalnego. Że to, co było, już nigdy nie wróci. I że to jest dobre. Bardzo dobre! Kolejny absurd? Myślę, że źle byłoby utopić się w Zupie Przeszłości.

Piszę też jednak po trochu do was. Być może, żeby zwrócić czyjąś uwagę i skłonić do szybkiej refleksji - w którym miejscu na swojej osi czasu się znajdujesz? Za punktem obecnym? A może daleko przed nim? Jaki dziś jest dzień? To jest Twoje prawdziwe położenie, nawet, jeśli wydaje się, że tak nie jest. Pora w to uwierzyć. Albo utrzymać ☺


Czuję, że mimo włóczenia się gdzieś w tyle tej osi czasu, w końcu dobiegłam do dnia dzisiejszego. Jestem w cudownym miejscu, robię wspaniałe rzeczy i otaczają mnie niezwykli ludzie. Najwyższa pora to zrozumieć. I to wcale nie znaczy, że odrywam się od przeszłości. Przeszłość mnie ukształtowała, to właśnie jej zawdzięczam to wszystko, co mam teraz. Ona jest we mnie.

Ale wiecie co? Przeszłość czasem tylko pozornie jest przeszłością. Wiele z niej jest wciąż aktualne. Wiele wciąż się dzieje. Pora to dostrzec.

Nie wyobrażam sobie zakończyć tego wpisu innymi słowami. Po prostu muszę do was wszystkich krzyknąć, tak jak to robili w filmie "Stowarzyszenie umarłych poetów"...

CARPE DIEM!




Obrazy:
1. Józef Chełmoński "Babie lato"
2. Józef Chełmoński "Bociany"
3. Józef Chełmoński "Królestwo ptaków"

Jak zakochać się w sztuce?

Jak zakochać się w sztuce?

Chodzenie po muzeach pewnie wielu osobom kojarzy się z najnudniejszymi wycieczkami szkolnymi w ich życiu. Takimi, które polegały na wleczeniu się za zbyt cicho mówiącym przewodnikiem, wpatrywaniu się w szare ściany zamiast w eksponaty (bądź w plecy kolegów i koleżanek, pozdrawiam z całego serducha wszystkie niskie osoby ♥) i wyczekiwaniu na czas wolny. Ile razy wybrałeś się później z własnej woli do muzeum sztuki?

Chciałabym Ci dzisiaj pokazać, że w sztuce można się zakochać. Że można zobaczyć w niej coś więcej i to wcale nie jest takie trudne. Wcale nie trzeba być jakimś natchnionym artystą, żeby wejść do galerii i dobrze bawić się patrząc na obrazy. Niektórzy być może uśmiechają się pod nosem. No i dobrze. Zaczynajmy!


Moja historia

Gdyby nie pewne wydarzenia, najprawdopodobniej nigdy nie skleciłabym dla was takiego tekstu. Prawdą jest, że zawsze bliska mi była sztuka, ponieważ od dziecka lubiłam rysować. Jednak nie będę ukrywać - tradycyjne muzea interesowały mnie tylko na początku zwiedzania... Po pierwszych 30 minutach to wszystko zaczynało być jakieś takie nużące. Miło było zobaczyć obraz, który widziało się wcześniej w podręczniku z polskiego czy historii, ale reszta była całkowicie nieinteresująca. Przełom nastąpił w liceum. Tym przełomem były lekcje języka polskiego prowadzone przez osobę, która sztuką żyła. To właśnie ta nauczycielka nauczyła mnie patrzeć na obrazy w całkiem inny sposób. Opowiadała o rozległej symbolice różnych przedmiotów, miejsc, postaci, o nawiązaniach i kontekstach, o historii powstawania dzieł sztuki... Jej opowieści poruszyły jakąś część w mojej duszy, coś odblokowały, coś zmieniły. Gdy tego roku wybrałyśmy się z koleżanką na wycieczkę do Wiednia, wręcz biegałyśmy po muzeach w zachwycie, przystawałyśmy przy każdym obrazie i próbowałyśmy interpretować. Wymieniałyśmy się spostrzeżeniami, przemyśleniami, odkryciami. Żyłyśmy sztuką, a sztuka żyła w nas. Wiecie co? Nadal żyje i ma się całkiem dobrze. 

Śmiesznie było później odwiedzać miejsca, które teoretycznie już się poznało. Nagle zaczynało się dostrzegać wiele szczegółów, które kompletnie umykały. Pamiętam różnicę jaką odczułam odwiedzając paryski Louvre w ubiegłym roku. Pomyślałam wtedy - "To na pewno to samo miejsce, które widziałam kilka lat temu?".


Instrukcja obsługi muzeum

Co więc zrobić, żeby zakochać się w sztuce? Po pierwsze, daj jej szansę. Ona mówi własnym głosem, własnym językiem. Nie musisz jej rozumieć, ale warto spróbować - na pewno nie pożałujesz! 

Wejdź do muzeum i spaceruj. Nie udawaj speca od sztuki, który stoi godzinę pod każdym obrazem i kontempluje wszystkie pociągnięcia pędzla. To nie o to tu chodzi. Stań pod obrazem, który w jakimś stopniu cię zaciekawi, zaintryguje. Dla jednych będzie to "Bitwa pod Grunwaldem", dla innych białe płótno z wielką czerwoną kropką na środku. W każdym muzeum znajdziesz coś ciekawego - to wcale nie musi być Mona Lisa, czy Pocałunek. Przypatrz się dobrze i pomyśl.

Co autor miał na myśli? Wbrew pozorom to bardzo ciekawe pytanie. Może zwyczajnie typek chciał zrobić ludziom na złość i jedyne, co miał na myśli, to za ile sprzeda swój obraz. Pomyśl, co może symbolizować dany przedmiot. Spróbuj znaleźć podobieństwa z czymś, co już dobrze znasz. Odkryj, co wyraża dana scena. Poczuj to. Całym sobą. To na prawdę jest możliwe.

Kiedy jednak nie jesteś w nastroju do jakiś głębszych i płytszych refleksji, choćby dlatego, że zwiedzasz dane miejsce w gronie znajomych, sprzedaję specjalną sztuczkę. Specjalnie dla ciebie - u mnie zawsze się sprawdza. 

Może to głupie, ale zwyczajnie chodźcie sobie po tym muzeum i szukajcie wszystkiego, z czego można się pośmiać. Może to będzie dziwna mimika, może żałośnie przedstawiona głowa jakiegoś zwierzątka, może rozkładające się mięso, kompletny brak proporcji albo idealna scena do zrobienia mema. Wymyślcie tego mema. Kto wam broni? Grunt to dobra zabawa. Oczywiście wszystko w szacunku dla innych zwiedzających ☺


Coś na koniec

Przestrzeń muzealna jest na prawdę niesamowita. Czasem nie spodziewamy się, ile emocji może wzbudzić w nas jakiś obraz, rzeźba, bądź inna konstrukcja. W sztuce na prawdę można się zakochać. Albo przynajmniej ją polubić. 

Na ładne obrazy można natrafić nie tylko w galeriach sztuki. Może ktoś zauważył, ale sama staram się zamieszczać je w (prawie) każdym poście na tym blogu. Nie są to obrazy, które znam - odkrywam je na bieżąco, zawsze w pewnym stopniu wiążą się one z treścią wpisu. Mam przy tym dużo zabawy - na prawdę nie spodziewałam się, że ktoś może namalować kobietę z pralką na głowie. Może to dość nietypowe, ilustrować wpisy w taki sposób. Brak minimalizmu, współczesności, ujednolicenia. I co z tego? Będę przemycać sztukę ile wlezie. Kto wie, może dla kogoś będzie to pierwszy kontakt z malarstwem od dłuższego czasu? Niech będzie z tego bloga choćby taki pożytek dla społeczeństwa.

Macie swoje ulubione obrazy? Dlaczego to właśnie one was poruszają, albo chociaż przyciągają waszą uwagę? Jeśli nazbiera się tego trochę, chętnie stworzę z nich jakąś galeryjkę na blogu. Dzielmy się tym, co dobre ☺


Obrazy:
1. René Magritte "The Fifth Season"
2. René Magritte "Clairvoyance (La Clairvoyance)"
3. René Magritte "La Clef des champs"

Kwiaty w pudełku

Kwiaty w pudełku



Dawno temu w okolicy często można było spotkać pewną tajemniczą dziewczynę, która wędrując tu i tam, wyglądała na łąkach, w ogrodach i różnych innych miejscach kwiatów. Gdy takie znajdowała, zawsze szła zerwać kilka, aby następnie schować je do swojego złotego pudełka, z którym nigdy się nie rozstawała. Nikt nie domyślał się wówczas, że ta tajemnicza postać skrywała w sobie tylko jedno marzenie - chciała odnaleźć Różę. Chodziła tak całe życie, ale nigdy nie znalazła kwiatu. Zaślepiona obrazem, który wykreowała w swoich fantazjach, wcale nie zauważyła, że już nie raz włożyła do pudełka różę. Zapomniała bowiem, że kwiaty te nie są jedynie czerwone, ale mają różne kolory...

Czasami nie można przedstawić myśli inaczej, niż poprzez metaforę. Niż poprzez historię, która tworzy się w głowie i wypełnia całą twoją postać. Która sprawia, że zaczynasz myśleć, rozumieć i zastanawiać się. Dzięki której widzisz jakby trochę więcej tego, co pozornie jest przed Tobą zakryte. Jak to jest?

Czy przypadkiem nie zdarza się to też w naszym życiu? 
Czy nie idziemy przez nie z pewnym obrazem wykreowanym w głowie, który sprawia, że po drodze tracimy tak wiele drobnych szczegółów? Czy jakieś wyobrażenia nas nie zaślepiają?
A może patrzymy tak wybiórczo na ludzi, których spotykamy na swojej drodze?

Może. A może nie.
Na to musicie odpowiedzieć sami sobie.


Obraz:
1. "Pandora Opening the Golden Box" John William Waterhouse
Patria znaczy ojczyzna

Patria znaczy ojczyzna

Ten wpis nie będzie o polityce. Nie cierpię jej. Nawet się na niej zbytnio nie znam. W ogóle myślę, że ten temat nie powinien być dziś w żaden sposób poruszany - ma niezwykłą moc wszczynania sporów między ludźmi. Tworzy podziały, wzbudza zbyt często negatywne emocje. A dziś powinniśmy się nacieszyć sobą nawzajem. Odnaleźć piękno tego niezwykłego momentu. Dziś Święto Niepodległości.


Nie chcę, żeby ktokolwiek czuł się osaczony tym wpisem. Nie chcę uchodzić, za jakąś ogromną patriotkę, która już dziś potrafiła by oddać swoje życie za kraj, w którym przyszło jej żyć. Ludziom, którzy to zrobili nie dorastam do pięt. Nie zamierzam też namawiać do wyjścia na ulicę, kłócenia się o Marsze Niepodległościowe i inne tego typu sprawy. Sama chyba wolę przeżyć ten dzień  w nieco inny sposób.

Bo to piękny dzień, wiecie? Mam wrażenie, że im starsza jestem, tym bardziej cieszę się z tego, że mieszkam, gdzie mieszkam. Mój kraj jest często podzielony, nie jest bez skazy, nie wszystko chodzi tutaj jak w zegarku. Nie każdy jest uczciwy, nie każdy lubi mówić prawdę, nie każdy myśli o drugim człowieku. Na pewno nie jest to "kraina mlekiem i miodem płynąca". Na pewno.


Czy w gąszczu tego, jakże polskiego narzekania, nie powinniśmy właśnie dziś, choć troszkę zwolnić? Czy to nie czas, na zatrzymanie się i spokojne przyjrzenie się temu, co nas otacza? Usiądź spokojnie i pomyśl.

Pomyśl o ludziach, którzy 100 lat temu nareszcie uzyskali wolność. Odzyskali kraj, o którym nie zapomnieli przez te ostatnie 123 lata. Jak oni się wtedy czuli? Przechodzi mnie dreszcz emocji. To musiało być niesamowicie wzruszające.

Siądź spokojnie i zastanów się. Popatrz na Polskę inaczej niż zwykle. Na prawdę nie obchodzi mnie, czy ten kraj cię skrzywdził, czy uratował, czy go nienawidzisz, czy wręcz przeciwnie. Nie obchodzą mnie twoje poglądy, twoje wierzenia, a nawet osobowość. O jedno Cię proszę. Daj jej dzisiaj szansę.


Za co kocham Polskę? Na pewno za pierogi (i to bynajmniej nie dlatego, że jestem studentką). Za to, że jej kształt na mapie świata tak bardzo przypomina żołędzia, a ja uwielbiam jesień. Za to, że ma, jak od dziecka twierdziłam, ukształtowanie idealne - mamy tu przecież góry, morze, jeziora, lasy, całkiem płaskie i całkiem faliste tereny, a nawet pustynia się znajdzie. Za legendy, których się kiedyś okropnie bałam. Za ten niesamowicie zawiły, skomplikowany język, który tak przyjemnie szeleści, gdy przestajesz skupiać się na znaczeniu słów (już pogodziłam się z myślą, że nigdy do końca się go nie nauczę...). Kocham Polskę za tradycje - za to, jak świętujemy Boże Narodzenie, Wielkanoc i inne dni. Za niezwykle piękną religijność. Za kolorowe kamienice na rynkach dużych miast. Za Bieszczady, w których za każdym razem odnajduję siebie. Za dystans do januszowych stereotypów. Za sztukę, a w szczególny sposób za poezję, która wzrusza, porusza i daje do myślenia. Za pyszne jabłka. Za historię. Za ludzi, którzy tą historię stworzyli. 

Za wiele więcej, choć nie zawsze umiem zdać sobie z tego sprawę.

Polska dała mi bezpieczny dom oraz ludzi, których kocham.
Myślę, że to już wystarczający powód, żeby powiedzieć dziś:

DZIĘKUJĘ.

Cieszę się, że jestem tu i teraz. Hej, na prawdę jest co świętować!



Obrazy Jacka Malczewskiego:
1. "Ojczyzna"
2. "Pejzaż z jarzębiną" lewa część tryptyku "Idź nad strumienie"
3. "Pejzaż z jarzębiną" prawa część tryptyku "Idź nad strumienie"

Za co jesteś dzisiaj wdzięczny?

Za co jesteś dzisiaj wdzięczny?

Piątkowe poranki - lubię ten czas. Siedzę przy stoliku z kubkiem gorącej herbaty pod ręką i co chwila wyglądam za okna by nadziwić się Krakowem skąpanym w białej gęstej mgle (no dobrze, może niekoniecznie jest to mgła...). W tle leci leniwa muzyka. Jest czas. Mogę oddać się tej cudownej chwili i pisać, pisać, pisać...


Stworzyć zarys sytuacyjny - zrobione. Mam nadzieję, że czytasz to w równie miłych okolicznościach. Jeśli nie - zamknij na chwilę oczy i wyobraź sobie taką chwilę, gdy czujesz się na prawdę dobrze i bezpiecznie. Rozpłyń się w niej, rozkoszuj się nią. Dopiero wtedy zacznij czytać dalej. Mam nadzieję, że to będzie wpis w pewien sposób ważny dla Ciebie. No to - zaczynamy!

O wdzięczności mówi się zbyt często. Tak często, że zaczęliśmy ten temat traktować jako coś oczywistego. No niby gdzieś tam jest i tyle. Idziemy dalej przez życie, bez żadnej rewolucji. Z drugiej strony widzę, że mówi się o niej też zbyt rzadko. Informacje nie docierają do każdego. A każdy ma prawo spróbować w życiu czegoś nowego. Może doliczysz ten tekst jako kolejny do puli przeczytanych wywodów na ten temat. Chciałabym jednak, żeby było tutaj troszkę inaczej. Żebyś na prawdę zaczął działać, kochany czytelniku, kochana czytelniczko.


Chcę Was zachęcić to patrzenia na życie z wdzięcznością. Brzmi radykalnie? Przecież codziennie dotyka nas tak wiele problemów! Ratunek przychodzi jednak w drobnej zmianie punktu widzenia. Bardzo drobnej. Zasada jest banalna i to do niej jednej cały ten wpis mógłby się sprowadzać:

W każdej chwili spróbuj znaleźć tą odrobinkę (a może i ogrom!) dobra. Uchwyć się go i żyj nim. Podziękuj - bądź wdzięczny. Szybko odkryjesz ile cudowności jest w pozornie szarej rzeczywistości.

Tylko tyle, czy aż tyle? Korzyści jest z pewnością wiele, ale to już niech każdy oceni we własnym zakresie. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że gdy zaczęłam żyć z wdzięcznością, w moim życiu odkryłam wiele szczególików, których wcześniej nie dostrzegałam. Wiele niezwykle dobrych rzeczy, dobrych ludzi, dobrych momentów, którymi jestem otoczona, ale na co dzień o nich nie myślę. Dlaczego? Bo stały się nieodłączną częścią mojego życia. Czymś na pozór normalnym i oczywistym. Gdy dziękuję, za to, co już mam, czuję, że nie potrzebuję do szczęścia dużo więcej. Nie muszę daleko szukać - dobro już przy mnie jest. Wystarczy go odkryć.


Tyle z teorii. Przejdźmy do działania, bo, jak wspomniałam na wstępie, chciałabym, abyście na prawdę zaczęli działać. Już mówię, jak!

Przygotuj sobie zeszyt / wyznacz miejsce w Bullet Journalu / pamiętniku / czymś podobnym. Proszę Cię jednak, żeby koniecznie było to coś papierowego. Coś, co można na prawdę chwycić do ręki, obrócić, otworzyć, zagiąć róg strony... Każdego wieczoru siądź spokojnie (to będą tylko 3 minutki!) i pomyśl - za co dziś jesteś wdzięczny / wdzięczna? Odpowiedź koniecznie zapisz (niezapisane myśli szybko umykają, nie wystarczy pomyśleć). Użyj do tego  ulubionego długopisu / pióra / mazaka / kolorowej kredki. Spraw po prostu, żeby ta chwila była dla Ciebie przyjemnością, a nie kolejną wieczorną rutyną. Codziennie staraj się odkryć coś nowego. Po jakimś czasie w Twoim dzienniku stworzy się całkiem niezła "Lista Wdzięczności". Przeglądaj ją raz na jakiś czas... Zobaczysz ile dobra otacza cię każdego dnia ☺

No to co, przyjmujecie wyzwanie? Za co jesteście dzisiaj wdzięczni?

Dziękuję za tą wspólnie spędzoną chwilę. Mam nadzieję, że masz na prawdę dobry dzień. Życzę Ci mnóstwa radości i uśmiechu! ☺



Obrazy:
Frederick Childe Hassam
1. "Summer Evening"
2. "Bowl of Goldfish"
3. "Mrs Hassam at Villiers le Bel
Polacy czytają książki

Polacy czytają książki

Bilet kupiłam dnia poprzedniego. Wybrałam się w to miejsce z rana, żeby nie stać niepotrzebnie w długiej kolejce niecierpliwych ludzi. Zwykłych ludzi, bo nie zarejestrowałam się jako blogerka. Zresztą i tak pewnie nie dostałabym wejściówki - co kogo obchodzi, że czytam książki, przecież wcale o nich nie piszę. Ale czy też nie ilustrując moich postów różnymi obrazami, nie powinnam przypadkiem dostawać darmowych wejściówek do galerii sztuki? Hmm to tak nie działa. Nieważne. Włączyłam tryb incognito i obserwowałam. Zapraszam na Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie!


Tłum ludzi. A może raczej powinnam napisać TŁUM. Bo na prawdę było  ich mnóstwo. I kto mi tu powie, że Polacy nie czytają książek? Mam wrażenie, że jakieś 3/4 osób w moim wieku z którymi się zetknęłam na pytanie "Co lubisz robić?" odpowiada: "Czytać". Być może zadaję się z jakąś niesamowicie wyselekcjonowaną (w jakiś tajemniczych okolicznościach) grupą. Nie wiem. No pewnie jest tak, że "statystyki nie kłamią". Dużo Polaków nie czyta - ale czy ktoś nam mówi, dlaczego? Może praca im na to nie pozwala, może domowe obowiązki, może bolą ich od tego oczy, a może po prostu wolą wyjść do kina obejrzeć jakiś dobry film? Nie można ich za to karcić. Wiadomo, czytanie ubogaca - ale co ma w takim momencie powiedzieć osoba, która kocha książki, ale wraca do domu zmęczona i jedyne na co ma ochotę, to chwila niewymagającego myślenia relaksu? Kto chce czytać i ma takie możliwości - niech czyta. Z własnego doświadczenia wiem, że czasem jest to niemożliwe. No więc, nie można tutaj generalizować i krzyczeć: "Polacy nie czytają książek!!". Ja czytam i czuję się Polką. No i myślę, że te tysiące ludzi na Targach ma podobnie.


Brałam udział w tym wydarzeniu już drugi raz, choć ten uważam za bardziej udany (rok temu zwyczajnie nie ogarniałam co się wokół mnie działo). Wiecie, co mnie zachwyca na Targach Książki? Ludzie. Ludzie pełni pasji - tacy, którzy wręcz żyją literaturą.  Podchodzisz do jakiegoś niszowego wydawnictwa i czujesz się wspaniale. Starszy pan z uśmiechem i fascynacją zaczyna opowiadać Ci o projekcie książkowym, który realizuje na swoim stanowisku. Wesoła pani zachwala nieco wulgarną czeską literaturę za jej specyficzny humor. Inna zaczyna mówić do ciebie w mistycznym języku smoków. Czy to nie jest niezwykłe?

Aż żal mi było odchodzić od tych stoisk ze słowami: "To jest niezwykłe! Dziękuję, na razie idę oglądać dalej.". Pasja tych ludzi tak mnie powalała, że najchętniej kupiłabym wszystkie prezentowane przez nich książki (czy by mnie interesowały, czy nie) i umówiła się na dobrą herbatę w kawiarni. No cóż, studencki budżet raczej na to nie pozwala... Na szczęście włóczenie się, rozmowy i uśmiechy były za darmo. No i chyba po to się tam wybrałam.


W moim trybie incognito obserwowałam też zachowania blogerów (hmm a raczej blogerek). Ogólnie to każdy członek tej grupy działał w dość podobny sposób. Szwendać się i wypatrywać w tłumie osób z plakietką "Bloger". Przywitać się i przytulić, jakby się było starymi przyjaciółmi - w końcu ta sama branża. Obowiązkowe selfie. Szybki small talk. No i lecimy dalej. Jak to się obserwowało z boku, to było całkiem urocze. Czasem chciałam powiedzieć "hej, też coś czasem piszę", ale gryzłam się w język i przechodziłam obok nich z uśmiechem. W końcu nie załatwiłam sobie magicznej plakietki "bloger".

Spędziłam tam kilka godzin, zrobiłam dla was parę niezbyt ładnych zdjęć (jestem małym człowiekiem, robienie zdjęć i walka o to, aby nie zostać zdeptanym nie idzie mi jakoś dobrze). Czy warto wybrać się na takie Targi Książki? No jasne, że warto - profitów jest mnóstwo. Wydawnictwa sprzedają książki w mocno promocyjnych cenach, organizowane są spotkania z autorami, można poznać wiele malutkich cudownych wydawnictw (szczególnie tych z książkami ilustrowanymi, nie mogłam przestać się nimi zachwycać!). Ale przede wszystkim - można samemu przekonać się, że Polacy czytają książki. No i że jest nas całkiem sporo.


Możecie być ciekawi (albo nie) czy coś z tych targów wyniosłam? Poza ulotkami i kilkoma darmowymi muzealnymi zakładkami owszem, nabyłam jedną książkę. Niestety muszę was zmartwić... Jest to książka o uwielbianej przez wszystkich Królowej Nauk. No cóż, tryb studencki został już włączony na całego. Przepraszam...

Byliście kiedyś na Targach Książki? Lubicie czytać? Robicie to często, czy raczej okazjonalnie? Zapraszam do komentowania i obserwacji mojego bloga. Bardzo cieszę się, że tu jesteś ☺ Miłego dnia!



Czego słuchasz?

Czego słuchasz?

Zmysł słuchu, jak wiele wnosi on do naszego życia! Słuchamy ciągle. Czego słuchamy? To zależy i nie zależy od nas. Chociaż możemy sobie wiele z tego wyselekcjonować. Słuchać można dobrych i złych rzeczy. Czego słuchacie więcej? Czego chcecie słuchać więcej?


Zrobiłabym taką ładną tabeleczkę, ale mam już serdecznie dość robienia notatek... A to by przypominało takie właśnie notatki (bo tabelki są ładne, no sami przyznajcie, takie równiutkie i pełne literek!). Mechanizm jest taki - kończę pisać i chce mi się pisać, tylko coś fajnego i miłego dla odmiany, więc szybko otwieram laptop i sunę palcami po klawiaturze. Palce tak ładnie stukają. Stuk, stuk, stuk. Raz szybciej, raz wolniej. Raz prosto w literki, raz trochę wyżej i w prawo [backspace]. Tak wygląda ten proces pisania. Ale w głowie miałam coś innego. Miałam tam dźwięki i to na nich chciałam się dzisiaj skupić...

Gdy zadamy komuś pytanie: "Czego słuchasz?", ta osoba z góry zakłada, że chodzi o muzykę. Taka nasza kultura i chyba o to tu chodzi. Jeśli czegoś słuchamy to tylko muzyki. Czego słuchasz? Popu, Rapu, Techno, Indie, Klasycznej, a może Disco Polo, tak potajemnie, jak nikogo nie ma?

Wróć. Nie o tym dziś będzie. Zastanów się na chwilkę - czego słuchasz? Jednej rzeczy chcę was dzisiaj nauczyć (albo wyłuskać, bo myślę, że już to umiecie!) - nieszablonowego myślenia. Tego, że nic do końca nie jest takie oczywiste, nawet, jeśli wydaje się nam na pierwszy rzut oka (albo ucha?), że tak jest. Prosta wiązanka słów może zyskać całkowicie inne znaczenie, gdy się nad nią zastanowisz. Albo zwyczajnie straci znaczenie.


Czego słucham?

Na początku chciałam wyodrębnić kilka zbiorów (wow, przez chwilę zrobiło się matematycznie!). Słucham ludzi, słucham muzyki i słucham ciszy. Podkreślam - na początku - bo później to wszystko się pokomplikowało. Zabolało mnie to uogólnienie. Nie wolno uogólniać spraw życiowych! W ogóle nie wolno uogólniać, bo to smutne. Sprecyzujmy!

Czego słucham?

Słucham szelestu liści, tych na drzewach i tych na ulicy. Słucham trzepotu skrzydeł gołębi przelatujących nad krakowskim rynkiem. Słucham infantylnych piosenek, bo kojarzą mi się z dzieciństwem. Słucham rozmów starszych pań siedzących w tramwajach i autobusach. Słucham ulicznego gwaru, w którym próbuję rozpoznać znane i nie znane mi języki. Słucham milczenia. Słucham głośnej muzyki która leci ze słuchawek osoby stojącej przy mnie w autobusie. Słucham muzyki, która pozwala mi przenieść się w czasie. Słucham pociągnięć ołówka na białej kartce. Słucham poezji śpiewanej. Słucham wesołego śmiechu moich przyjaciół. Słucham głosu serca, a nawet czasami głosu rozsądku. Słucham urywków reklam, bo zaraz je wyłączam. Słucham ludzi pracujących w ciszy. Słucham muzyki, która wywraca wszystko co we mnie do góry nogami, przyprawia mnie o dreszcze, pozwala się wzruszać, zachwycać a czasem nawet rozpłakać. Słucham mądrych ludzi. Słucham deszczu, który pada za oknem. Słucham stukotu palców, które uderzają w klawiaturę, gdy piszę...


I wiecie co? Lubię słuchać tego wszystkiego. Czuję wtedy, że żyję i że to całkiem dobre życie.

Myślę, że to odpowiednia pora, żeby zadać Ci to pytanie. Uwierz mi, nie jest ono wcale takie trudne... No to jak, czego słuchasz?

(zapraszam do komentowania... na prawdę jestem ciekawa waszych odpowiedzi ☺)


Obrazy:
1.2.3. Frans Snyders "The Concert of Birds"

Copyright © 2014 Bezpustkowie , Blogger